Starsi ludzie są czasami tacy dziwni. Na przykład nigdy nie mogłam dogadać się z dziadkiem.
Cóż, to w ogóle był dziwny człowiek.
Uznałam za normę, że starsi ludzie nie rozumieją młodszego pokolenia, więc kiedy trochę podrosłam, przestałam się czymś takim przejmować. A chodziło o historię i o strach, jaki życie zafundowało naszym dziadkom. Niestety, nie zawsze ludziom żyło się tak dobrze.
U nas w domu kłótnie z dziadkiem wybuchały głównie w kuchni. Ale rodzice stali po mojej stronie. Nawet moja babcia mówiła, że czasy się zmieniły.
A ja byłam taką drobniutką dziewczynką.
Dlatego nigdy nie dawałam rady zjeść wszystkiego, co miałam na talerzu. Zawsze trochę zostawiałam, ale byłam najedzona. I co w tym takiego złego? Czy lepiej jest wciskać w siebie jedzenie, którego organizm sam już nie chce i nie potrzebuje? Uważam, że nie. Moja mama też zawsze mówiła, żeby nie jeść na siłę, bo to może tylko zaszkodzić. A babcia po prostu stała na stanowisku, że dziecka nie należy do niczego zmuszać.
Tata uważał, że jak zgłodnieję, to sama powiem.
Tylko dziadek upierał się, że musimy wszystko zjeść do końca. Twardo się temu sprzeciwiałam, a potem…
Potem dowiedziałem się, dlaczego to było dla niego takie ważne. W czasie wojny, jako młody chłopak, dziadek trafił do obozu. Przeżył, ale później też było ciężko, była bieda i w domu liczyli każdą kromkę chleba.
Teraz to rozumiem. Zawsze staram się nakładać na talerz tyle, ile mogę zjeść, żeby wszystko dokończyć.
Ponieważ to, co uważamy za normalne, dla kogoś innego może być prawdziwym bogactwem.
