Mateusz nie był zbyt towarzyski i nikt nie chciał się z nim bawić, chociaż nigdy z nikim się nie bił ani nie kłócił. Po prostu był trochę inny niż reszta dzieciaków.
Sama też nie chciałam się z nim spotykać, bo wszyscy znajomi z podwórka zaczynali się ze mnie śmiać i mówić, że jestem tak samo dziwna jak Mateusz, skoro z nim rozmawiam. Mama jednak prosiła, żebym go dobrze traktowała i spróbowała się z nim zaprzyjaźnić.
Mateusz sam grał w piłkę. Na początku bałam się trochę do niego podejść, ale jednak się odważyłam.
– Cześć! – powiedziałam. – Mam na imię Lidka! Chcesz się ze mną zakolegować?
– Cześć! – chłopak się uśmiechnął, co bardzo mnie zaskoczyło, bo wszyscy moi znajomi mówili, że nie jest miły. – Jestem Mateusz. Zagrasz w piłkę?
Aż do wieczora graliśmy w nogę, a Mateusz wydał mi się bardzo pogodnym i dobrze wychowanym chłopakiem. Tylko jakoś mało w nim było emocji…
Następnego dnia obudziłam się rano, szybko się ubrałam i od razu pobiegłam spotkać się z moim nowym kolegą. Wczoraj bardzo fajnie mi się z nim bawiło.
Zeszłam dwa piętra niżej i zapukałam do mieszkania Mateusza. Powiedziałam, że poczekam na niego na dole.
Kiedy wyszłam na podwórko, od razu spotkałam innych kolegów, którzy zaczęli się ze mnie śmiać, co wcale mnie nie zdziwiło, wiedziałam, że tak będzie. „Będziesz się bawiła z tym dziwakiem? Może z tobą też coś jest nie tak, jeżeli lubisz przyjaźnić się z takimi jak on? Jego podrzucili twoim sąsiadom! Chcesz się bawić z podrzutkiem?” – tak przemówił do mnie największy łobuz z naszego podwórka.
Wtedy się zamyśliłam i zdałam sobie sprawę, że rzeczywiście nigdy wcześniej nie widziałam Mateusza, chociaż mieszkaliśmy w tym samym bloku. Kiedy mój nowy kolega wyszedł z domu, ten chuligan razem ze swoimi kolegami poszedł sobie, głośno się śmiejąc. Nic z tego wszystkiego nie rozumiejąc, zapytałam Mateusza, dlaczego nazywają go „podrzutkiem”.
Chłopak tylko spuścił głowę i powiedział, że chce iść do domu.
Tego samego wieczoru zapytałam mamę, skąd się wziął ten Mateusz i dlaczego nigdy wcześniej go nie widziałam. To było dla mnie wtedy bardzo dziwne. Mój dziecięcy umysł nie potrafił zrozumieć wszystkiego, co się wokół mnie działo…
Jak się okazało, nasi sąsiedzi długo starali się o dziecko, ale bocian im go nie przyniósł. Poszli więc do miejsca, do którego trafiają dzieci, które nie mają rodziców i wzięli stamtąd Mateusza – tak wyjaśniła mi to moja mama.
W skrócie: sąsiedzi zabrali chłopca z domu dziecka, bo nie mogli mieć własnego.
Kiedy dowiedziałam się, że Mateusz nie jest synem naszych sąsiadów, zrozumiałam, że musiało mu się zrobić bardzo przykro, kiedy usłyszał dzisiaj ode mnie takie pytanie. Wzięłam więc ze sobą garść cukierków i poszłam go przeprosić.
Od tego czasu minęło mniej więcej dziesięć lat. Teraz Mateusz jest moim mężem, mamy śliczną córeczkę Ewę. Okazał się cudownym ojcem, a do tego jeszcze wspaniałym synem i bratem.
Wyszło mianowicie tak, że kilka miesięcy po tym, jak Mateusz wprowadził się do moich sąsiadów, w ich domu rozbrzmiała fantastyczna wiadomość – jego adopcyjna mama była w ciąży, a osiem miesięcy później urodziła się Iwonka. Mateusz stał się dla niej prawdziwym wsparciem i obrońcą.
Myślę, że to sam Pan Bóg pomógł tym dwojgu wspaniałych ludzi spełnić ich marzenie o dziecku. Najpierw dali miłość i prawdziwą rodzinę komuś, kto nigdy jej nie miał, a później Bóg spełnił ich marzenie.
Chcę wam przez to powiedzieć, że dzieci takie jak Mateusz są prawdziwym darem od losu. Ten spokojny i cichy chłopak wyrósł na dobrego przyjaciela, syna, brata, męża i ojca. Bardzo się cieszę, że podeszłam do niego wtedy na podwórku.
