Przed swoim wyjazdem Marta powiedziała mężowi słowa, które całkowicie zmieniły jego zdanie co do przyprowadzenia kochanki do ich domu. Wszystko przez to, że Marta znała go lepiej niż on sam

— Anna, słuchaj uważnie i nie przerywaj — cicho, szybko i wyraźnie mówił Andrzej. – Dziś moja żona… Słuchasz? Bardzo dobrze. Jedzie do mojej mamy na dwa tygodnie. Nie, Anna, to nie cud. I nie szczęśliwy zbieg okoliczności. A ja ci powiem. To nasza miłość, można powiedzieć, nas uratowała. Tak.

Zgadzam się z tobą, wszystko się wydarzy, o czym oboje długo marzyliśmy. Gdybyś tylko wiedziała, Anna, jak się męczyłem z tymi rzadkimi, przypadkowymi, a najbardziej krótkimi spotkaniami z tobą w windzie. Co tam mogliśmy sobie pozwolić? Nic? To męczy. Ledwo się powstrzymuję.

A ty też się męczysz? Też ledwo się powstrzymujesz? Anna, kocham cię. Teraz jadę z żoną na dworzec. Siada do pociągu. Upewniam się, że pojechała w porządku. I zaraz wracam. Nie, Anna, nie do ciebie. Twój mąż może wrócić z pracy. Spotykamy się u mnie. Tak mi będzie spokojniej. O, chyba żona wychodzi z łazienki. No to wszystko. Kocham cię.

Żegnając żonę, Andrzej był szczególnie czuły i ostrożny.

“Teraz trzeba być bardzo ostrożnym z nią, – myślał Andrzej. – Bardzo ostrożnym! Żeby jej nie przestraszyć. Dlatego żadnych brutalnych słów, żadnych ostrych ruchów. Anna musi widzieć we mnie opiekuńczego mężczyznę .”

Do odjazdu pociągu pozostało 20 minut. Rzeczy żony Andrzeja już znalazły się w przedziale. Teraz stały na peronie.

— Uważaj na siebie, Marta — powiedział Andrzej. — A ja będę za tobą tęsknił.

Marta spojrzała z zaciekawieniem na męża.

– Jesteś jakiś inny — powiedziała. — Nie wyglądasz na siebie.

– Dlaczego? — zdziwił się Andrzej.

— Bardzo opiekuńczy — odpowiedziała Marta.

– Czy to źle?

– To dziwne. Przez cały czas naszego wspólnego życia nie słyszałam od ciebie ani połowy tych słów, które dziś rano do mnie mówisz.

– Jakich słów, Marta? O czym ty mówisz?

— Łagodnych, dobrych. Nagle stałeś się bardzo czuły i troskliwy.

— Bo się żegnamy.

— Bo nie na zawsze się żegnamy. Tylko na dwa tygodnie. Czy na zawsze, a ja czegoś nie wiem? Stąd twoja czułość? Tak?

Andrzej zmarszczył brwi.

— Co ty gadasz, Marta — powiedział z urażeniem. – Nie rozumiem cię. W końcu jesteś moją żoną. Według ciebie, co, nie mogę sobie pozwolić być nawet czułym wobec swojej żony? Czy co? Nawet dziwne.

“Chyba przesadziłem z tą czułością, – pomyślał Andrzej, – sam przestałem być sobą. Nawet żona mnie nie rozpoznaje”.

Marta spojrzała na zegarek i stała się poważna.

– Powiem ci coś, Andrzej — powiedziała. — Jeśli tam coś planujesz…

— Co ja planuję? — zdziwiony, Andrzej zakłopotany, pyta.

— No, nieważne — odpowiedziała Marta. — Cokolwiek byś nie planował, moja rada dla ciebie — lepiej od razu zrezygnuj. Rozumiesz? Bo i tak się dowiem. Kara byłaby surowa. Znasz mnie.

— Skąd ty to wzięłaś?! — Andrzej krzyknął głośno szeptem, żeby nie zwracać uwagi obcych.

– Ostrzegałam cię — odpowiedziała Marta.

Andrzej spojrzał przestraszony na wszystkie strony.

— Marta, to po prostu dziwne — powiedział cicho. — Słyszeć to od ciebie. Myślisz, że zostaję tu, żeby…

— Nie myślę, Andrzej — odpowiedziała Marta. – Ja wiem.

— Skąd i co ty możesz wiedzieć? — zaskoczył się Andrzej. – Marta! Nie rozumiem.

— Ale po twojej twarzy widzę — powiedziała głośno Marta. – Wszystko jest na niej napisane.

— Spokojniej, Marta — szepnął Andrzej. — Ludzie dookoła. Jakiej jeszcze twarzy? Co jest napisane?

— Twojej, Andrzej, twarzy. Na której odzwierciedla się przeczucie czegoś bardzo słodkiego. Dziś rano lizałeś się cały czas. Jak kot. I spojrzenie masz…

Marta nie skończyła zdania i, uśmiechając się, potrząsnęła głową.

— Marta, jesteśmy już dwadzieścia trzy lata małżeństwem, mamy już dorosłe dzieci, ale teraz mam wrażenie, że mnie w ogóle nie znasz.

— Dwadzieścia cztery — sucha odpowiedź Marta.

— Co “dwadzieścia cztery”?

— Jesteśmy już dwadzieścia cztery lata małżeństwem.

— A ile ja powiedziałem?

Dwadzieścia trzy.

– No właśnie! Widzisz, do czego mnie doprowadziłaś. Nawet zapomniałem, ile mamy lat razem. Z twoimi nieuzasadnionymi podejrzeniami.

— Ostrzegłam cię. A teraz sam sobie radź.

— Co mam sobie radzić? — nie zrozumiał Andrzej.

— Myśl — odpowiedziała Marta.

Podszedł do niego, wzięła jego głowę w dłonie i spojrzała mu w oczy.

Spojrzenie żony sprawiło, że Andrzej poczuł się nieswojo.

— Jesteś jeszcze młody, Andrzej — powiedziała Marta, nie odpuszczając głowy męża i nie przestając patrzeć mu w oczy. — Jeszcze nie masz pięćdziesiątki. Można powiedzieć, że przed tobą całe życie. Tak?

— Tak — cicho odpowiedział Andrzej.

— No to spróbuj tego wszystkiego… Jak to łagodnie powiedzieć? Nie spuścić w toalecie.

— W jakim sensie, Marta?

— Po co pytasz? — poważnie odpowiedziała Marta. — Przecież doskonale wszystko rozumiesz.

— Podejrzewasz mnie o coś?

— Już ci mówiłam. A szukać nowego mężczyzny nie mam zamiaru. To tyle zachodu. Masz jeszcze czas, Andrzej.

— Czas na co?

— Na zastanowienie się!

Marta pocałowała męża w czoło i poszła do wagonu. Pociąg ruszył. Andrzej długo wpatrywał się w niego, zastanawiając się nad swoją przyszłością, której już nie widział tak jasno, jak niedawno marzył.

„Ach, jak wszystko jest źle — myślał Andrzej, gdy jechał do domu. — Jeszcze rano czułem się szczęśliwym człowiekiem, ale żona zepsuła mi nastrój. A dusza teraz tak ciężko. I już się nic nie chce. Jak tylko pomyślę o Annie, przed oczami staje mi twarz Marty i jej słowa.”

W tym czasie Anna dzwoniła do Andrzeja.

— No proszę, ciebie mi teraz brakowało — pomyślał Andrzej i wyłączył telefon.

Od stacji metra do domu Andrzej doszedł w pięć minut. Zobaczył Annę, która stała przy drzwiach wejściowych, zatrzymał się. Rozglądał się. Zdalne za drzewem stała Marta. Andrzej zacisnął oczy i szybko potrząsnął głową. Andrzej krzyżował się. Marta nie była.

— Wszystko w porządku? — radośnie zapytała Anna, gdy Andrzej podszedł do budynku. — Pożegnałeś żonę?

Andrzej w milczeniu wszedł do klatki schodowej. Anna za nim. Andrzej wezwał windę. Anna stała milcząco obok. Drzwi windy się otworzyły. Andrzej wszedł. Anna chciała za nim wejść, ale Andrzej grubo ją wypruł z windy.

— Idź precz! — krzyknął. — Precz! I nawet nie próbuj zbliżać się do mnie! Słyszysz?

Drzwi windy zamknęły się. Winda pojechała do góry.

— No i co? — krzyknął Andrzej patrząc na drzwi windy. — Teraz wierzysz, że jestem niewinny? Teraz wierzysz? To co wy za kobiety, co? Dlaczego, żeby udowodnić wam swoją wierność, my, mężczyźni, musimy podejmować jakieś skrajne kroki? Dlaczego?

Wiele osób dzieli się z nami swoimi historiami, aby dowiedzieć się, co inni o tym myślą. Jeśli masz swoją opinię lub sugestię dotyczącą tej historii, proszę napisz ją w komentarzach na Facebooku.  

Related Posts

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *