Przez chwilę stałam nieruchomo…

Przez chwilę stałam nieruchomo, z liśćmi bukietu drżącymi lekko od powiewu klimatyzacji. W żołądku czułam dziwne ciepło, podczas gdy dłonie stawały się coraz zimniejsze. Spojrzałam w lustro — moja skóra wydawała się bledsza, a oczy miały nienaturalny, zielonkawy połysk. Pomyślałam, że to tylko zmęczenie. Dzień był długi, pełen emocji. Ale coś we mnie szeptało, że to nie tylko zmęczenie.

Kiedy Andrei wszedł do pokoju, wciąż stałam przed lustrem, trzymając pustą fiolkę w dłoni.

— Co robisz, kochanie? — zapytał z uśmiechem. — Wyglądasz cudownie… jakbyś wcale się nie zmęczyła.

Jego uśmiech był szczery, ale w oczach zobaczyłam cień niepokoju. Jakby przeczuwał, że coś jest nie tak.

— Dobrze się czujesz?

Pokiwałam głową, próbując brzmieć normalnie.

— Tak… tylko trochę kręci mi się w głowie.

Noc była dziwna. Kiedy mnie dotknął, moja skóra była zimna jak lód, a w środku czułam ogień, który powoli rozchodził się po całym ciele. Moje serce biło inaczej — rzadziej, ale mocniej, jakby każda jego fala niosła coś obcego. W pewnym momencie usłyszałam szepty. Ciche, znikąd, muskające moje uszy: „Tak trzeba… teraz jesteś jedną z nas…”

Zerwałam się, spojrzałam dookoła — pokój był pusty. Tylko księżyc oświetlał białe firany. Andrei spał spokojnie. Zbliżyłam się do niego, a wtedy usłyszałam jego serce. Czułam, jak krew płynie w jego żyłach, jak każde uderzenie rozbrzmiewa w mojej głowie. Moje zmysły były tak ostre, że prawie mnie bolały. Złapałam się za głowę, chcąc uciszyć ten szum, ale było za późno.

Rano spojrzałam w lustro i krzyknęłam. Moje oczy nie były już brązowe — miały intensywną, szmaragdową barwę. Na szyi, tuż pod skórą, rysowała się cienka sieć zielonych żyłek, które pulsowały powoli,

jakby żyły własnym życiem. Próbowałam to zmyć, przykryć makijażem, ale nic nie pomagało.

Andrei zauważył.

— Co to jest? — spytał zaniepokojony. — Masz jakąś alergię?

— Pewnie od perfum — skłamałam. — Albo stres.

Ale w środku narastał we mnie strach. Musiałam wyjść na świeże powietrze. Wyszłam do ogrodu. Pachniało kwiatami, lecz dla mnie ten zapach był zbyt intensywny, przytłaczający, prawie duszący. Kolory były ostrzejsze, światło bardziej bolesne. I wtedy ją zobaczyłam — babcię. Siedziała na ławce, ubrana na czarno, jakby przyszła nie na ślub, lecz na pogrzeb. Patrzyła na mnie z daleka, nieruchomo, bez mrugnięcia.

Podeszłam do niej z drżeniem w głosie.

— Co mi dałaś? — wyszeptałam. — Co to było w tej fiolce?

Westchnęła ciężko.

— To był twój wybór, dziecko. Ostrzegałam cię. Jeśli nie wypijesz — nie zaznasz szczęścia. Jeśli wypijesz — weźmiesz na siebie ciężar cudzej radości.

— O czym ty mówisz?! — krzyknęłam.

Spojrzała na mnie z żalem.

— Nasza rodzina jest związana dawnym przymierzem. Każda kobieta, która do niej wchodzi, musi przyjąć dar — i przekleństwo. Od tej chwili czujesz wszystko, co czują inni. Ich ból, ich szczęście, ich strach. Ale swoich uczuć już nie masz.

Zrobiłam krok w tył, jakby mnie uderzyła.

— To niemożliwe…

W tej samej chwili przeszył mnie ból w piersi. A z domu dobiegł krzyk — Andrei. Pobiegłam i zobaczyłam, jak klęczy, z rozciętą dłonią. Krew spływała po jego palcach, a ja… czułam ten sam ból.

Spojrzałam na swoje ręce — znikąd pojawiła się cienka linia krwi w tym samym miejscu.

Zrozumiałam. Byłam z nim połączona. Ale nie tylko z nim. Z każdym członkiem rodziny. Czułam łzy jego matki, gniew jego ojca, nawet smutek służki, która płakała w ogrodzie. Wszystko przechodziło przeze mnie.

Z dnia na dzień traciłam siebie. Nie wiedziałam już, co naprawdę czuję. Kiedy się śmiałam — to była radość moja, czy cudza? Kiedy płakałam — czy łzy były moje? Każdej nocy śniły mi się kobiety — obce, a jednak znajome. Wszystkie miały te same oczy co ja: szmaragdowe, zimne, puste.

Poszłam do babci ponownie.

— Jak to przerwać? — zapytałam błagalnie.

— Nie możesz — odparła cicho. — Tylko śmierć zrywa przymierze.

Powiedziała, że raz na pokolenie nowa kobieta musi wypić eliksir, aby więź przetrwała. To on trzyma rodzinę przy życiu. Ich szczęście, ich powodzenie — wszystko zależało od tej ofiary.

Z czasem zaczęłam się zmieniać jeszcze bardziej. Skóra stała się bladsza, żyły ciemniejsze, a w oczach lśniło coś nieludzkiego. Ludzie mówili, że mam dziwną aurę, że mój wzrok hipnotyzuje. Andrei zaczął się mnie bać. Przestaliśmy rozmawiać. Noce spędzałam w ciszy, słuchając tysięcy głosów, które nie milknęły w mojej głowie.

Pewnej nocy usłyszałam jedno imię, powtarzane szeptem: „Vino…” — Przyjdź…

Wyszłam z łóżka i poszłam za głosem do ogrodu. Przy starej studni stała babcia, pochylona, mamrocząca coś w obcym języku.

— Nadszedł czas — powiedziała bez odwracania się. — To, co wypiłaś, jest życiem i przekleństwem. Nie możesz od tego uciec, ale możesz je przekazać dalej.

— Komu? — spytałam drżącym głosem.

Odwróciła się i podała mi nową fiolkę. W środku mienił się ten sam zielony płyn.

— Wybierz. Gdy do tej rodziny przyjdzie nowa kobieta, powiesz jej to samo, co ja tobie. I wtedy będziesz wolna.

Łzy napłynęły mi do oczu.

— Nie zrobię tego nikomu innemu! — krzyknęłam.

Spojrzała na mnie z mieszaniną smutku i litości.

— Tak mówi każda z nas. Ale każda w końcu to robi. Inaczej umarłabyś z nimi wszystkimi.

Księżyc zniknął za chmurą. Wiatr poruszył drzewa. Zostałam sama, z fiolką w dłoni. W środku płyn pulsował, jakby w nim biło serce. I zrozumiałam — to nie był tylko eliksir. To było życie. Życie kradzione, przekazywane z pokolenia na pokolenie.

Tej nocy poczułam spokój. Zimny, ale prawdziwy. Pogodziłam się z losem. Stałam się strażniczką sekretu.

A rano, kiedy Andrei spojrzał mi w oczy, już mnie nie rozpoznał.

Moje oczy nie były już tylko zielone. Świeciły. A w ich głębi odbijał się cień innego świata — starego, cichego, wiecznego.

Uśmiechnęłam się.

Wiedziałam, że pewnego dnia do tej rodziny przyjdzie nowa kobieta. A ja podam jej tę samą fiolkę.

I wtedy… może wreszcie będę wolna.

Related Posts

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *