Mary zatrzymała się w progu, ciężko oddychając, z oczami szeroko otwartymi, jakby czegoś się bała. Jej dłonie drżały, a ciało wydawało się chwiać pod niewidzialnym ciężarem. Tom i Emma natychmiast się podnieśli. Dziewczynka schowała ręce za plecy, jak dziecko przyłapane na czymś zakazanym.
— Wszystko w porządku, Mary? — zapytałam ostrożnie, widząc, że jest cała blada i spocona.
Nie odpowiedziała. Przeszła obok mnie bez słowa i od razu podbiegła do dzieci. Złapała je za dłonie, sprawdzając coś z niepokojem. Tom westchnął, Emma odsunęła się lekko, próbując uniknąć jej spojrzenia.
— Nic się nie stało, pani Brown — powiedziałam spokojnie. — Byli bardzo grzeczni. Rozmawialiśmy, oglądaliśmy książki, zjedli po kilka ciastek… naprawdę, żadnych problemów.
Mary zamknęła oczy na moment, a potem otworzyła je szeroko i szepnęła ledwo słyszalnie:
— Nie powinni byli mówić. Nie wolno im…
— Co pani ma na myśli? — spytałam zdezorientowana.
Spojrzała na mnie dziwnie, jakby dopiero teraz zrozumiała, gdzie jest. Wymusiła uśmiech.
— Przepraszam, jestem zmęczona. To tylko… pewne zasady. Dzieci są wrażliwe.
Zabrała torbę, złapała Toma i Emmę za ręce i pociągnęła ich ku drzwiom. Emma obejrzała się jeszcze raz — jej spojrzenie było pełne cichego lęku.
Kiedy wyszli, w mieszkaniu zapadła gęsta cisza. Zaparzyłam herbatę, próbując się uspokoić, ale obraz ich przestraszonych twarzy nie opuszczał mnie ani na chwilę.
Minęło kilka dni. Czasami, gdy siedziałam przy biurku, słyszałam zza ściany ciche kroki — krótkie, urywane, jakby ktoś chodził boso po podłodze. Nocą docierały do mnie stłumione szepty, a raz nawet płacz. Potem głos Mary, mówiący coś w języku, którego nie rozumiałam.
Rano spotkałam ją przy windzie. Miała podkrążone oczy, włosy w nieładzie.
— Wszystko w porządku? — zapytałam.
— Oczywiście — odpowiedziała automatycznie. — Dzieci są po prostu… wyjątkowe. Muszą być ciche.
Uśmiechnęła się blado i zniknęła w windzie.
Tego samego wieczoru usłyszałam delikatne pukanie w ścianę. Najpierw trzy razy, potem przerwa, potem dwa razy. Zamarłam. Przyłożyłam ucho do muru. Po chwili — szept.
To była Emma.
— Proszę pani… proszę…
Zastygłam. Zapukałam lekko w odpowiedzi. Znowu cisza, a potem ten sam cieniutki głos:
— Nie możemy spać… ona nie pozwala…
Serce zabiło mi mocniej. Wybiegłam na korytarz, ale drzwi do ich mieszkania były zamknięte. Cisza.
Następnego dnia zapytałam portierkę o rodzinę Brown.
— Ach, ta kobieta… — mruknęła. — Od kiedy tu mieszkają, ciągle coś dziwnego. Dzieci nie chodzą do szkoły, ona znika po nocach. Mówią, że… — zawahała się. — Mówią, że to nie jej dzieci.
Zrobiło mi się zimno.
Nocą znów to samo. Szmery, ciche kroki, jakby ktoś chodził w kółko. Światło w kuchni mignęło, i przez ułamek sekundy zobaczyłam cień — niski, drobny, stojący przy drzwiach. Gdy się odwróciłam, już go nie było.
Chciałam iść na policję, ale co miałabym powiedzieć? „Myślę, że moja sąsiadka więzi dzieci”? Brzmiało to jak wymysł.
O trzeciej nad ranem obudziło mnie ciche pukanie do drzwi. Spojrzałam na zegarek. Trzy bez dziesięć. Otworzyłam ostrożnie.
Przede mną stała Emma. Bosa. W koszuli nocnej. Drżała.
— Proszę… — wyszeptała. — Tom się nie budzi…
Zamarłam. Wciągnęłam ją do środka, narzuciłam na nią koc i spytałam, gdzie jest brat.
— W pokoju… mama wyszła…
Pobiegłam z nią na korytarz. Drzwi do mieszkania Brownów były uchylone. W środku unosił się zapach dymu i wosku. Na podłodze — wypalone świece, białe linie z kredy ułożone w krąg. Tom leżał na kanapie, z zamkniętymi oczami, bez ruchu.
Dotknęłam jego czoła — był gorący, ale oddychał. Emma cicho łkała.
— Co się stało? — zapytałam.
— Mama mówi, że duchy są złe. Że jak mówimy z obcymi, one się budzą…
Podniosłam chłopca i przeniosłam go do mojego mieszkania. Zamknęłam drzwi na zamek i zadzwoniłam po pogotowie. Emma siedziała skulona, wpatrzona w drzwi.
— Ona przyjdzie — szepnęła. — Nie pozwoli nam odejść.
Światło w mieszkaniu zgasło. Z ciemności dobiegły kroki. Potem trzy uderzenia w drzwi. A zaraz po tym — głos Mary, spokojny, ale zimny jak lód:
— Otwórz. Dzieci muszą wrócić do domu.
Serce mi stanęło. Przycisnęłam Emmę do siebie.
— Nie rozumiesz — głos z drugiej strony stawał się coraz niższy, coraz bardziej chropowaty. — One nie mogą odejść. Już nie…
Po kilku minutach przyjechała policja. Kiedy wbiegli na korytarz, nikogo nie było. Tylko ślady wosku na podłodze i zapach spalenizny.
Mary Brown zniknęła. Nie odnaleziono jej ani w budynku, ani w mieście. Ale następnej nocy Emma obudziła się z krzykiem. Powiedziała, że słyszała, jak mama ją woła z wnętrza ściany.
Tom powoli doszedł do siebie, ale nie odezwał się ani słowem. Emma czasem siada w kącie i szeptem mówi coś do pustego powietrza.
A ja… każdej nocy słyszę te same trzy uderzenia w ścianę. Pauza. Potem dwa.
