Poznałam swojego przyszłego męża na ulicy. Zaspałam na egzamin. Wpadłam na przystanek, a tramwaj odjechał mi przed nosem.
– No proszę! – westchnęłam, tupiąc nogą z irytacji. – Na pewno się spóźnię.
– Dziewczyno, dokąd potrzebujesz? – Obok zatrzymał się chłopak na rowerze. – Mogę cię podwieźć.
– Na rowerze? Żartujesz? – zapytałam rozdrażniona.
– A co? Lepiej niż piechotą. Albo będziesz czekać na tramwaj? Kto wie, kiedy przyjedzie. – Patrzył na mnie, czekając na odpowiedź.
Komórek wtedy jeszcze nie było, budki telefoniczne rzadko działały, taksówki nie dało się złapać na ulicy. Co właściwie traciłam?
– Dojedziemy szybciej niż tramwajem, przez podwórka – przyspieszył moją decyzję.
Zacięłam wargę, walcząc z wątpliwościami, ale czas uciekał. Podeszłam do roweru i usiadłam bokiem na bagażniku.
– TrTrzymałam się mocno jego ramion, wiatr rozwiewał mi włosy, a w sercu kiełkowało uczucie, które miało przetrwać tyle wzlotów i upadków, aż w końcu zrozumiałam, że prawdziwe szczęście zawsze było tuż obok – w mojej zdolności do kochania i przebaczania.
