— Twoja zguba tkwi w różach, dziewczynko. Strzeż się ich. Na pierwszy rzut oka są piękne, ale jeśli je dotkniesz, zrani się ręce do krwi — wróżka nie spuszczała hipnotycznego wzroku z Lucy.
— Bzdury — prychnęła dziewczyna, wyrywając rękę, uznając, że wróżka oszalała i bredzi metaforami. Ale słowa tej kobiety jeszcze długo krążyły w głowie Lucy.
Lucja stała za rogiem budynku katedralnego, ściskając w dłoniach plecak. Palce zbladły z napięcia, ale ona tego nie zauważyła. Serce wyskakiwało jej z piersi jak przestraszonej wróbelce, a w gardle miała gulę. Jej wzrok był utkwiony w postaciach na ganku. Tam, jakieś dziesięć metrów od niej, stał Igor z przyjaciółmi.
Trzymał w rękach bukiet. Ten sam bukiet, który kupił dla niej: starannie przewiązane jasną wstążką gałązki chryzantem. Teraz wydawały jej się nieprawdziwe, jakby nie zostały kupione dla niej, ale dla jakiejś innej dziewczyny. Z niecierpliwością czekała na ten dzień. Wieczorem Igor miał poznać jej rodziców. Wyobrażała sobie, jak ojciec narzeka w kuchni, a mama, udając, że jest zajęta przygotowywaniem ciasta, dyskretnie przygląda się chłopakowi.
— No i nasza Lusia sobie narzeczonego wyłapała — na pewno mama nawet trochę chwaliła się sąsiadkom po tym wieczorze…
Ale teraz cały ten idealny scenariusz rozpadał się na jej oczach.
Lusia, jak na ironię losu, zupełnie przypadkowo (chociaż wiemy, że przypadków nie ma) przyszła na spotkanie z chłopakiem nieco wcześniej. Ostatnia para została odwołana i poddając się impulsowi, postanowiła sprawić Igorowi przyjemność: przyszła na miejsce spotkania wcześniej. Ale kiedy podeszła, zobaczyła go — beztroskiego, roześmianego, z tym samym wyrazem twarzy, który przed bliższym poznaniem nazywała kiedyś „uroczą zuchwałością”. Teraz wydawał jej się po prostu zadowolony z siebie.
— Prawie oswoiłeś kurę — usłyszała jego głos.
Lucia zamarła. Nie wierzyła własnym uszom.
— Jest przede wszystkim wdzięczna — kontynuował, pochylając się bliżej swoich przyjaciół, jakby opowiadał im jakiś żart.
Jeden z nich, wysoki facet z kolczykiem w uchu, uśmiechnął się złośliwie.
— Jeszcze trochę i sama do mnie wskoczy — kontynuował Igor — nawet nie trzeba jej specjalnie zabiegać, cieszy się z każdej drobiazgi. Wydaje mi się, że gdybym wyjął z kieszeni cukierka, skakałaby z radości.
Roześmiał się. Prawdziwym, dźwięcznym śmiechem, który tak bardzo kochała. Tylko że teraz chciała się skulić w kłębek i zapadać się pod ziemię.
Lucy ugięły się kolana. Stała za rogiem, przytulona do zimnej ściany, jakby próbowała z nią całkowicie zespolić się. Serce biło tak głośno, że nie było wątpliwości, że słyszą je wszyscy wokół.
Zrobiła krok do tyłu i w tym momencie z plecaka wypadła książka. Głuchy odgłos uderzenia o asfalt zabrzmiał głośniej niż wybuch. Przechodzący obok student podniósł głowę znad telefonu i zatrzymał się, patrząc na nią. Lucy schyliła się, aby podnieść książkę, ale drżące palce nie były w stanie chwycić jej za grzbiet.
— Lucy? — rozległ się znajomy głos.
Zamarła, trzymając książkę przed sobą jak tarczę. Jej zakłopotanie nie pozostało niezauważone. Igor odwrócił głowę i zobaczył ją. Jego twarz natychmiast się zmieniła: najpierw zaskoczenie, potem lekkie zakłopotanie, jakby zupełnie nie spodziewał się jej tutaj zobaczyć (bo naprawdę się nie spodziewał, przyszła 40 minut wcześniej).
— Lusia! — zawołał ponownie, robiąc krok w jej kierunku.
Wstała gwałtownie, włożyła książkę do plecaka i zapięła wystającą zamek błyskawiczny. Poruszała się szybko, jakby mechanicznie. W środku krzyczała: „Nie patrz na niego! Uciekaj, uciekaj!”.
Lusia odwróciła się i pobiegła.
Igor jeszcze raz krzyknął za nią, ale słowa zagłuszył odgłos jej kroków. Nie oglądała się za siebie, nie zatrzymywała się. Biegła, czując, jak łzy palą jej policzki, jak z zimna marzną palce ściskające paski plecaka. Każda sekunda jej ucieczki zdawała się podkreślać: wszystko, co wydawało się tak ważne, tak piękne, teraz obróciło się w proch.
Lusia była dziewczyną, którą łatwo było przeoczyć w tłumie, ale trudno zapomnieć, gdy już się ją dostrzegło. O takich mówi się – nieoszlifowany diament. Miała delikatne rysy twarzy, jasne włosy, które najczęściej nosiła związane w niedbały kucyk, i duże niebieskie oczy z lekkim smutkiem, jakby odbijało się w nich jej skromne i nie najłatwiejsze życie. Lucia nigdy nie nosiła jaskrawego makijażu, a na jej twarzy trudno było znaleźć kosmetyki, z wyjątkiem bezbarwnego błyszczyka do ust, i to tylko na święta.
Jej ubrania również były bardzo proste: dżinsy, rozciągnięta bluza, kurtka, która już zaczęła się przetrzeć na łokciach. W plecaku zawsze miała kilka książek, stary telefon i lekko zgniecioną przekąskę, którą zabierała ze sobą na uniwersytet. Pomimo skromnego wyglądu, miała w sobie jakąś wewnętrzną siłę, tę samą, która pozwala ludziom wierzyć, że nawet z małego prowincjonalnego miasteczka można wyrwać się do czegoś większego i zająć swoje miejsce pod słońcem.
Lucia była tego bezpośrednim dowodem. Bez niczyjej pomocy dostała się na studia państwowe i studiowała na prestiżowej uczelni, gdzie tacy jak ona byli raczej rzadkością niż normą. Jej koledzy z grupy przyzwyczaili się do innych warunków życia — mieli samochody, drogi sprzęt i możliwość wyjeżdżania za granicę na wakacje. A Lusia miała tylko pragnienie osiągnięcia wszystkiego, czego nie mogli jej dać rodzice. Nie narzekała, nie prosiła, starała się trzymać z dala od rozmów o sprawach społecznych, aby nie czuć się obca. Ale w gronie bogatych kolegów z grupy stała się jedną z nich.
Może dlatego tak szybko zwróciła uwagę na Igora, kiedy on zwrócił uwagę na nią. Zakochała się w nim niemal od razu, choć długo nie mogła się do tego przyznać nawet przed samą sobą. Był jednym z tych facetów, którzy zawsze znajdują się w centrum uwagi: pewny siebie, błyskotliwy, z swobodnym sposobem mówienia, żartowania, a nawet poruszania się. Jego zadbane włosy, stylowe ubrania, drogi zegarek – wszystko krzyczało, że pochodzi z innej, niedostępnej dla Lucy rzeczywistości. Ale z jakiegoś powodu on ją zauważył. Wszyscy wokół byli zaskoczeni tą różnicą: jego zuchwałą energią i jej nieśmiałością, jego umiejętnością błyszczenia i jej skłonnością do chowania się w cieniu. Chociaż wszyscy doskonale rozumieli, dlaczego on jest z nią, nie mogli przyzwyczaić się do widoku tej pary. Wszyscy rozumieli powód jego zainteresowania. Wszyscy oprócz samej Lucy.
Wierzyła, że on widzi w niej coś wyjątkowego, czego inni nie dostrzegają. Jego komplementy i gesty uwagi wydawały jej się prawdziwym cudem. Kiedy po raz pierwszy podarował jej mały bukiet kwiatów, kupiony w pośpiechu przy metrze, pomyślała, że to oznaka wielkiej miłości. Lucy nie była przyzwyczajona do prezentów – to wystarczyło, żeby czuła się szczęśliwa.
Chciała wierzyć, że to jej przeznaczenie. Ale teraz, po usłyszeniu tych słów, w końcu otworzyła oczy. Zrozumiała, że przez cały ten czas była dla Igora tylko kolejną rozrywką. A to, jak głupio się zachowała, nie sprawiało, że czuła się lepiej.
Lusia nie pamiętała, jak znalazła się na dworcu. Wszystko działo się jakby we śnie, gdzie wszystko rozmywa się przed oczami, a obrazy zmieniają się jak w jakimś dziwnym kalejdoskopie. Bilet w dłoni był lekko pognieciony, plecak zsuwał się z ramienia, a w kieszeni cicho brzęczało kilka monet. Jej wzrok błądził po rozkładzie pociągów, podczas gdy mózg usilnie próbował odgonić wszystkie myśli o tym, co się wydarzyło. Nie wychodziło to zbyt dobrze.
W końcu z trudem znalazła swój peron i szybkim krokiem skierowała się w odpowiednim kierunku. Pociąg już stał. Kiedy Lusia wchodziła po śliskich schodkach, na chwilę oderwała się od swoich myśli. Pachniało wilgocią, tytoniem i czymś nieuchwytnie gorzkim — może był to zapach cudzych historii. W przejściu przemknęły nogi w znoszonych butach i pognieciona kurtka mężczyzny, który najwyraźniej zasnął kilka przystanków wcześniej, tuż pod cichym stukaniem drzwi wagonu. Kilku emerytów rozmawiało cicho przy tylnym oknie. Lucia usiadła przy oknie i gdy tylko pociąg ruszył, wpatrywała się w migoczące światła, starając się nie rozpłakać.
Pociąg ruszył gwałtownie, jakby miał własne problemy, od których trzeba było pilnie uciec. Lucia wzdrygnęła się i przytuliła plecak do siebie, jakby mógł ją ochronić przed napierającymi myślami.
Nie powinna jechać tym pociągiem sama. Powinna jechać z Igorem. Wszystko miało być zupełnie inaczej: razem, z kwiatami, a wieczorem jej rodzice, nakryty stół, ciepła rodzinna atmosfera. Mama na pewno zrobiłaby swoje popisowe gołąbki, a tata wyciągnąłby nalewkę, którą zachowuje na specjalne okazje.
A teraz co? „No i jak, Lusia? Gdzie on jest?” – zapyta mama, gdy tylko zobaczy ją samą. Lusia znała jej ton głosu, potrafiła nawet wyobrazić sobie jej twarz: mieszanka niepokoju i lekkiej urazy. Być może nie na córkę, ale na całe swoje nieudane życie, ale jaka to różnica, skoro za wszystkie grzechy i tak będzie musiała zapłacić Lusia? A co ona powie? Że jej „wspaniały Igor” nie jest teraz z nią, bo śmieje się z przyjaciółmi, nazywając ją „prowincjonalną kurką”?
Patrząc przez okno, Lusia czuła, jak wszystko w niej się kurczy. Pociąg już wyjechał poza miasto. Na zewnątrz migotały rozmyte światełka – rzadkie latarnie, domki letniskowe, las. Wieczór ciągnął się szarą smugą, nieodróżnialną od ciężkiego grafitowo-niebieskiego nieba. Brud, mokra trawa i pokręcone drzewa za szybą idealnie odzwierciedlały jej własny stan.
Ścisnęła mocniej pasek plecaka, żeby jakoś zająć ręce. W gardle miała gulę, ale nie pozwalała sobie płakać. Po co? Łzy nie pomogą, nie cofną czasu i nie przywrócą tego, czego, jak się okazało, nigdy nie było.
— Daj wróżyć, piękna — rozległ się ochrypły głos z boku.
Lucia wzdrygnęła się. Nie od razu zorientowała się, że to do niej. Wróżka. Oczywiście. Jaka kolejka bez nieco dziwnej babci z kartami?
Po przeciwnej stronie wagonu siedziała kobieta. Jej sylwetka w bezkształtnej kolorowej spódnicy i szarej znoszonej chustce wydawała się częścią tego otoczenia. Twarz kobiety była chuda, skóra nieco przyciemniona od ciągłego wiatru i słońca, jak u ludzi przyzwyczajonych do spędzania większości czasu na ulicy. Oczy, czarne i jasne jak węgiel, patrzyły prosto na Lusię, wbijały się w nią, sprawiając, że czuła się nieswojo.
Na szyi wisiał jej domowej roboty amulet z dziwnych koralików i wełnianych nici, a na rękach błyszczały duże pierścienie. Na kolanach leżała zniszczona talia kart. Była to wróżka z tych, które można spotkać w pociągach, na targowiskach, przy dworcach. Lusia widziała takie nie raz, ale zazwyczaj przechodziła obok, nie zatrzymując się.
— Nie, dziękuję — mruknęła, naciągając kaptur, jakby to mogło ukryć ją przed natarczywą towarzyszką podróży.
— Nie uciekniesz przed losem — nie dawała za wygraną kobieta, przysuwając się nieco do przodu.
— Proszę, zostaw mnie — odburknęła Lusia, starając się wyglądać na pewną siebie.
— Widać, że coś cię gryzie — kobieta sprytnie zmrużyła oczy i lekko potrząsnęła głową. Jej długie, sękate palce powoli bawiły się pierścionkami. — Masz ciekawe przeznaczenie, powiem ci… takie, że nikt ci nie uwierzy, jak opowiesz. A może chcesz, żebym ci powiedziała, jak się to skończy?
Lucia spojrzała na nią, unosząc jedną brew. „Los, jasne, oczywiście” — przemknęła jej myśl. Ale irytacja jednak ustąpiła, ustępując miejsca ciekawości.
— Mów, co chcesz. Nie obchodzi mnie to — sama nie zrozumiała, dlaczego odpowiedziała, zamiast po prostu zignorować.
Może z powodu zmęczenia, a może dlatego, że kobieta mówiła zbyt pewnie.
Natychmiast zaszeleściła spódnicą, przysuwając się bliżej. Karty w jej rękach ożyły, zaczęły się ślizgać, jakby nie były tylko kawałkami kartonu, ale czymś żywym, dawno oswojonym, ale posłusznie trafiającym tylko do rąk swojej pani.
Kobieta wzięła dłoń Lucy, jej palce były nieoczekiwanie ciepłe i szorstkie, z zrogowaciałą skórą. Spojrzała na jej dłoń, a potem gwałtownie ją puściła, patrząc prosto w oczy.
— On cię zdradził, prawda?
Lucja z zaskoczenia cofnęła się lekko. To pytanie zabrzmiało tak, jakby wróżka wiedziała wszystko, co się z nią działo.
— Narzeczony nie jest biedny, ale to tak, jakbyś go opuszczała. Myślisz, że straciłaś wszystko — kobieta mówiła cicho, ale każde słowo trafiało w sedno — ale to nieprawda. Wszystko jest przed tobą. Nawet bilet będzie udany.
— Jaki bilet? — zapytała ostro Lusia, nie wytrzymując.
— Dowiesz się — wróżka zmrużyła oczy i jakby mimochodem podała kartę.
Był na niej Księżyc, lekko wyblakły, czy to od czasu, czy od tego, że częściej niż inne karty wyjmowano go z talii.
— Widzisz? Księżyc. To twoje złudzenia. A obok — Głupiec. To ty. Naiwna, ale nie głupia, zapamiętaj to. To ważne. Ty, dziewczyno, wszystkich postawisz na uszy. Tylko nie bój się i idź naprzód.
Lucia spojrzała na kartę, a potem znów na kobietę.
— Wszystkich postawię na uszy? Ja? — prychnęła. To było śmieszne. Ona, Lusia, która bała się odpowiedzieć nauczycielowi na zajęciach, mogła postawić kogoś na uszy? — To jakiś żart.
Wróżka tylko uśmiechnęła się, milcząc zbierając karty.
Elektryczka szarpnęła tak gwałtownie, że Lusia omal nie upuściła plecaka, a potem zamarła. Przez wagon przetoczył się szmer przestraszonych, niezadowolonych i sennych głosów. Pasażerowie zaczęli się poruszać, spoglądając na siebie. Emeryci na drugim końcu wagonu zaczęli coś cicho omawiać, a mężczyzna w szlafroku z irytacją podrapał się po karku i ponownie usiadł na swoim miejscu, zamykając oczy.
Lucia wyjrzała przez okno. Ciemność. Gęsty las z nagimi gałęziami drzew, zbliżającymi się do wagonu, jakby ktoś specjalnie chciał zamknąć pociąg w tej czarnej pustce.
„Jak w tanich horrorach” – przemknęło jej przez głowę. Wyobraziła sobie, jak za chwilę pociąg zacznie kołysać się pod wpływem czegoś niewidzialnego, i nawet mimowolnie rozejrzała się po wagonie, ale wokół było wszystko tak samo: szare ściany, blade twarze pasażerów, lekko migoczące światło.
– Co się stało? – zapytała konduktora, który przechodził obok.
Ten nawet się nie zatrzymał, tylko rzucił przez ramię:
– Problem z linią. Być może będziemy długo stać.
Lucia westchnęła. Nie wiedziała, czy cieszyć się z opóźnienia, czy nie. Z jednej strony nie chciała jechać dalej do rodziców, z drugiej – pozostawanie w tym wagonie, w tej dziwnej ciszy, również było nieprzyjemne.
— Oto twój zakręt — nagle rozległ się ten sam ochrypły głos.
Lucia wzdrygnęła się. Wróżka. Nadal tu była i nie spuszczała wzroku z Lucii.
— Tylko pamiętaj: właściwy wybór nie zawsze jest tam, gdzie jest jaśniej — wróżka patrzyła uważnie, jakby próbowała zajrzeć do duszy.
— Zwrot? — zapytała Lusia z nutką sarkazmu. — W elektryczce są tylko dwie opcje: jechać do przodu lub stać. Czy może chodzi ci o coś innego?
Kobieta nie zareagowała na jej ton. Jej twarz pozostała poważna, a głos stał się nieco niższy, jakby mówiła coś naprawdę ważnego:
— Jednego na pewno musisz unikać. Twoja zguba tkwi w różach, dziewczynko. Strzeż się ich. Na pierwszy rzut oka są piękne, ale jak je dotkniesz, zniszczysz sobie ręce do krwi.
Lusia zmarszczyła brwi. Jeszcze sekundę temu było to dla niej niemal zabawne, ale te słowa zabrzmiały tak dziwnie, że po plecach przebiegł jej dreszcz.
— Co to znaczy? — zapytała cicho, ale natychmiast opanowała się. — Tak, dobrze, nie musisz odpowiadać. To jakieś brednie.
Wyciągnęła rękę, gdy wróżka próbowała ponownie ją dotknąć.
— Siwa klacz — dodała Lusia, prychając, aby ukryć zakłopotanie.
Kobieta tylko uśmiechnęła się, jakby nie spodziewała się niczego innego.
Lusia odwróciła się do okna, postanawiając zignorować całe to przedstawienie. Ale słowa wróżki, tak dziwne, nie dawały jej spokoju. „W różach twoja zguba”. Dlaczego to powiedziała? I co to było za spojrzenie – przenikliwe, jakby wróżka wiedziała coś, czego Lusia jeszcze nie rozumiała?
Potrząsnęła głową, próbując pozbyć się narastającego dyskomfortu. „Bzdury, zwykłe bzdury” – powiedziała sobie stanowczo, ale myśl nadal krążyła w jej głowie, jak zacinająca się kaseta magnetofonowa…
Przez kilka następnych przystanków kobieta nie odezwała się ani słowem. Lusia zdążyła nawet zasnąć. Ale w pewnym momencie pociąg znów ruszył, zgrzytając hamulcami, a po kilku minutach powoli się zatrzymał. Lusia omal nie upuściła plecaka, gdy pociąg szarpnął do przodu. Rozejrzała się: wagon zamarł w ciszy, tylko gdzieś z tyłu emeryci szeptem dyskutowali, czy będą czekać na pociąg przesiadkowy, jeśli ten się spóźni.
Lucia wyjrzała przez okno. Było jeszcze ciemno, ale już widać było niebieską smugę porannego nieba. Nie była to jej stacja, więc pozostała spokojnie siedzieć i przyglądać się peronowi za oknem. Latarnie oświetlały wszystko tak słabo, że wydawało się, jakby ten kawałek ziemi zapomniał, czym jest światło dzienne.
Peron był prawie pusty. Kilka osób, przestępując z nogi na nogę z zimna, czekało na pociąg, otulając się głęboko płaszczami. Nie rozpoznała tego miejsca, choć zdawała sobie sprawę, że jest już dość blisko swojego przystanku (do stacji końcowej pozostało tylko pół godziny jazdy). Przez chwilę, jeszcze na wpół śpiąca, przypomniała sobie Gumiłowa i jego „Tramwaj”.
Lusia wyprostowała się, aby otrząsnąć się z tej wizji, i wtedy zauważyła, jak wróżka po przeciwnej stronie wagonu wstała. Zapomniała już o swojej dziwnej towarzyszce podróży. Jej spódnica zaszeleściła, a szalik zsunął się z jednego ramienia. Najwyraźniej ona też zdążyła zasnąć po ich rozmowie.
— No, dziewczynko, dalej sama — powiedziała nagle kobieta, odwracając się do Lusi. Jej głos był ochrypły, ale dziwnie pewny — powodzenia.
Lusia nie wiedziała, co odpowiedzieć. Patrzyła, jak wróżka podchodzi do wyjścia, a jej pierścienie błyszczą nawet w słabym świetle lamp. Kobieta wyszła, nie oglądając się za siebie, a drzwi za nią zatrzasnęły się z głośnym sykiem.
Po chwili pociąg ruszył ponownie. Lusia jeszcze przez kilka chwil patrzyła na pusty peron, który stopniowo znikał w ciemności. Serce zaczęło jej lekko wciskać się do gardła. „Dziwna kobieta” – pomyślała, próbując odgonić natrętne myśli, które zaczęły pojawiać się w jej głowie.
Lucia przysunęła się nieco do okna i spróbowała skoncentrować się na migoczącym za szybą lesie, którego sylwetka wyłaniała się na tle pierwszych promieni słońca. A wróżka z jej życzeniem z jakiegoś powodu wciąż stała przed jej oczami.
Pół godziny wydawało jej się, że trwało kilka godzin, jakby czas był gumowy. W końcu pociąg zatrzymał się, sycząc i wzdychając, jakby sam zmęczył się długą podróżą. Lucia wstała, lekko podciągając plecak na ramię, i skierowała się do wyjścia. Na peronie powitało ją ostre grudniowe powietrze. Zrobiła kilka kroków w kierunku wyjścia i zatrzymała się. Cisza była tu wyjątkowa: gęsta, lepka, jakby czas się zatrzymał, pozwalając tylko psom biegać po okolicy.
Lucia mimowolnie uśmiechnęła się. To miasto zawsze takie było. Trochę staromodne, trochę absurdalne, ale nieskończenie swoje. Rozejrzała się. Para latarni oświetlała peron, na którym oprócz niej stało tylko kilka osób. Jedna kobieta, owinięta długim szalikiem, niosła torbę, z której pachniało świeżym chlebem i kiełbasą, a starszy mężczyzna w czapce z opuszczonymi uszami, który wyszedł za nią, powoli ruszył w kierunku przystanku autobusowego. Lucia rozejrzała się. Wszystko wyglądało tak samo jak zawsze: obdarta budka, para starych ławek, których nie dało się już uratować ani przed wiatrem, ani przed upływem czasu. Linie przewodów ciągnęły się w dal, znikając w mgle. Miasto przywitało ją znaną ciszą, jak stary przyjaciel, któremu nie trzeba niczego wyjaśniać.
Poprawiła plecak i ruszyła w kierunku wyjścia z peronu. Za rogiem dworca zaczynała się główna ulica centrum miasta. Stacja pozostała w tyle, gdy Lusia wyszła na ulicę. Stary, popękany i przemarznięty asfalt, pokryty kawałkami błota, ciągnął się wzdłuż znanych witryn sklepowych. Jego powierzchnia była pokryta pęknięciami, w których stopiony śnieg zamienił się w czarne kałuże. Sklepy już przygotowywały się do Nowego Roku. Na szybie jednego z nich widniały papierowe płatki śniegu, a na innym naklejono napis „Rabaty 20%”. Ponure świecidełka owijały drzwi, ale nie wyglądały świątecznie, tylko tak, jakby zostały powieszone „dla pozoru”. Jak to się mówi, „żeby było”.
Lusia szła bez pośpiechu. Jej kroki odbijały się głuchym echem w pustych zaułkach. Lekki szron błyszczał na nagich gałęziach, które zwisały nad starymi płotami. Miasto dopiero zaczynało się budzić. Wszystko było takie, jak zapamiętała: proste, nawet biedne, ale w jakiś sposób ciepłe, domowe i rodzinne.
Myśli same wróciły do tego, co czeka ją w domu. Rodzice na pewno już szykują się na spotkanie z chłopakiem córki, nie mając pojęcia, że będzie sama. Jak im powiedzieć, że Igor nie przyjechał? Że na próżno się martwili i przygotowywali?
— A ty co tu sama? Gdzie twój narzeczony? — niemal słyszała głos mamy, zaniepokojony, nawet z nutką urazy.
Lusia westchnęła i mocniej ścisnęła paski plecaka, jakby to mogło dać jej choć odrobinę pewności siebie. Miała nadzieję, że droga do domu będzie długa, ale miasteczko było zbyt małe, żeby długo spacerować. Za kilka minut i tak będzie musiała stanąć w progu i tłumaczyć się rodzicom, opowiadać, co się stało. Lucia westchnęła, próbując się uspokoić, ale ciężar na sercu nie znikał. Krok po kroku zbliżała się do rodzinnego domu.
I oto, skręcając za znanym zakrętem, zatrzymała się i zamarła. Dom stał przed nią taki, jakim pamiętała go przez całe swoje świadome życie: skromny, z obrzmiałą okiennicą i pochyloną płotką. Wydawało się, że lekko się pochylił pod ciężarem lat, ale nadal stał niewzruszenie, jak stary żołnierz, przyzwyczajony do mrozu, deszczu i palącego słońca, z godną pozazdroszczenia i niezachwianą wytrzymałością.
Dwa stare klony przy bramie, które w dzieciństwie wydawały jej się ogromne i silne, teraz wyglądały na zmęczone. Ich poskręcane, sękate gałęzie przypominały starcze ręce, które wciąż próbują coś zrobić, pomimo drżenia i bólu. Skrzypiały na wietrze, jakby narzekały, że od dawna nikt ich nie osłaniał i nie dbał o nie. Gałęzie wyciągały się w stronę okien, jakby próbowały zajrzeć do środka: „Jak tam u was, ciepło?”
Na płocie, tak jak rok temu, kołysał się wieniec. Ciemny, wyblakły, ogryziony przez zimowy wiatr, wyglądał tak zagubiony, że nawet Lusia mimowolnie poczuła lekkie współczucie dla tego elementu ich podwórka. Kiedyś mama powiesiła go, aby dodać trochę świątecznego nastroju i ciepła, ale teraz wieniec wydawał się tanim, niepotrzebnym dekoracją, porzuconym i zapomnianym przez wszystkich, pozostawionym tutaj na pewną śmierć.
W tym momencie wydawało jej się, że dom patrzy na nią z wyrzutem, jak surowy nauczyciel, gotowy wysłuchać jej wymówek, ale nie gotowy ich zrozumieć i zaakceptować. Takim, który jest gotów wysłuchać twoich wymówek, ale już z góry jest przekonany, że wszystkie twoje słowa będą puste i nieprzekonujące. Lucia poczuła się jak mała dziewczynka przyłapana na czymś złym, za co nie powinna się wstydzić, ale trudno to wyjaśnić.
Jej wzrok powędrował do starych okiennic, gdzie kiedyś razem z mamą przyklejały papierowe gwiazdki na Nowy Rok. Te gwiazdki prawdopodobnie nadal gdzieś tam były, za tymi oknami, ale wszystko, co widziała na zewnątrz, było jedynie bladą kopią przeszłości, zatrzymaną gdzieś w czasie, tak jak ten dom.
Spróbowała wziąć głęboki oddech, aby zebrać myśli. „Co powiem? Że nie mógł? Że jestem tu sama? Coś można wymyślić… Tylko nie teraz”. Myśli plątały się, łącząc w jeden niespójny strumień, od którego było tylko gorzej.
Przed oczami pojawiła się scena, którą znała na pamięć. „No opowiadaj, co znowu narobiłaś? Gdzie twój narzeczony?” – zapyta mama. I ten jej głos, jednocześnie troskliwy i wyrzutowy, zawsze jakby przykleja ją do podłogi.
Lucia westchnęła, odwróciła się od domu i spojrzała na chodnik, jakby to mogło odwrócić jej uwagę od ciężkich myśli. W tym samym momencie niespodziewanie wzdrygnęła się na głos, który przerwał ciszę i jej myśli.
Za nią rozległ się głos:
– Przepraszam, panienko!
Lucia wzdrygnęła się, gwałtownie odwróciła i zobaczyła sprawcę. Przed nią stał chłopak – wysoki, nieco rozczochrany, w długiej kurtce puchowej i z ogromnym bukietem róż w rękach. Róże były tak jaskrawe, że wydawały się nienaturalnie jasną plamą na tle szarego miasta otaczającego ich.
— To do mnie? — zapytała przestraszona Lucia, wciąż nie do końca rozumiejąc, co się dzieje.
— Przepraszam za kłopot — kontynuował, uśmiechając się lekko, jakby chciał złagodzić niezręczność sytuacji — rozwiązały mi się sznurówki, a nie mam gdzie położyć bukietu. Czy mogłaby pani go potrzymać?
Lucia patrzyła na niego przez kilka sekund, próbując zrozumieć, co powiedział. Sznurowadła? Bukiet? Automatycznie spojrzała na jego buty – rzeczywiście, sznurowadła wisiały rozwiązane na prawym bucie. Była to prosta i nieszkodliwa prośba zwykłego przechodnia, który podszedł właśnie do niej tylko dlatego, że była jedyną osobą, którą spotkał na swojej drodze. Ale w głowie i tak pojawiła się myśl: „to wszystko jest jakoś dziwne”.
A jednak wyglądał zupełnie normalnie. Zwykły facet, może nie pasujący swoim wyglądem do atmosfery tego miejsca, ale nie było powodu, żeby mu odmówić. Nie było żadnych oznak, że to jakiś absurdalny żart lub mistyfikacja.
– Eee… ale ja… – zaczęła, ale zdała sobie sprawę, że nie wie, jak odmówić.
— To tylko na chwilę — powiedział, widząc jej zakłopotanie, i wyciągnął bukiet obiema rękami.
— Dobrze — wykrztusiła w końcu, lekko marszcząc brwi, ale jednak przyjmując prośbę.
Lusia wzięła bukiet i od razu poczuła, że jest nieoczekiwanie ciężki. Łodygi były grube, pokryte drobnymi kolcami, które choć nie kłuły mocno, to lekko drapały palce. Róże były nieskazitelne: głęboki szkarłatny kolor, gęsto zamknięte płatki, krople wody błyszczące na nich jak diamenty.
— Dziękuję — rzucił chłopak, kucając, aby zawiązać sznurowadła.
Lucia, mocno trzymając bukiet, mimowolnie zaczęła go oglądać. „Sznurowadła, więc. Ubrał się jak na paradę. Ciekawe, dla kogo taki bukiet? Piękne róże…” — jej myśli przeskakiwały z jednej rzeczy na drugą.
I wtedy przemknęło jej przez głowę: „W różach twoja zguba, dziewczynko”. Słowa wróżki nagle pojawiły się tak gwałtownie, jakby stała tuż za nią i szeptała jej to do ucha. Lucia wzdrygnęła się. Fala dreszczy przebiegła po jej skórze, ale uznała to za skutek zimna i lekko zmarszczyła brwi, odpędzając niepokojącą, natrętną myśl. „Co za bzdury. To tylko bukiet. Nikt jeszcze nie umarł od bukietu róż, chyba że alergicy”.
W międzyczasie chłopak skończył zawiązywać sznurowadła. Pracował z skupieniem, lekko pochylając się w jej stronę, a jego puchowa kurtka szeleściła przy każdym ruchu. Lucia mimowolnie zwróciła uwagę na to, że wygląda całkiem przyjemnie. Nie był przystojniakiem z okładki, ale bardzo charyzmatyczny i uroczy chłopak o spokojnym spojrzeniu i miłym uśmiechu – ten typ ludzi, którzy potrafią zyskać sympatię od pierwszych minut znajomości.
Ten facet najwyraźniej szykował komuś świętę. Takie kwiaty były ewidentnie wybrane dla kogoś wyjątkowego. „Zazdroszczę jego dziewczynie” – pomyślała nagle, ściskając mocniej bukiet. Nie miała wątpliwości, że taki prezent jest przeznaczony właśnie dla drugiej połówki.
„No to wszystko” – powiedział, wstając i strzepując kurtkę, nie wiadomo po co. Spojrzał na Lusię i uśmiechnął się tak, jakby nie wiedział, jak jej podziękować za pomoc – „Bardzo dziękuję. Bez pani na pewno bym wszystko upuścił”.
— Nie ma za co — odpowiedziała Lusia, oddając bukiet. Jej dłonie wciąż pamiętały delikatne ukłucia kolców, ale udawała, że nic nie zauważyła.
Chłopak wziął kwiaty i skinął głową:
— Powodzenia.
„Słowo w słowo, tak jak powiedziała wróżka” — przemknęło jej przez głowę, ale na zewnątrz Lusia pozostała niewzruszona i tylko powściągliwie się uśmiechnęła.
Odwrócił się i szybkim krokiem skierował się do domów po drugiej stronie ulicy. Lusia patrzyła mu za plecami. Bukiet ponownie przyciągnął jej uwagę, jakby nie chciał, żeby o nim zapomniano. Wyglądał zza ramienia nieznajomego, aż ten skręcił wraz z nim za róg.
W międzyczasie Lusia w głowie nakreśliła już cały scenariusz tego, co go czeka. Widziała już, jak chłopak podchodzi do bramy, pcha ją ramieniem i wchodzi na podwórko, znikając za szczelnie zamykanymi drzwiami.
„Szczęściara, jego dziewczyna” – pomyślała ponownie Lusia, czując lekkie ukłucie dziwnej tęsknoty. Wyobraziła sobie, jak ten chłopak otwiera drzwi i wchodzi do ciepłego pomieszczenia: domu, w którym być może już ktoś czeka. Dziewczyna, dla której przeznaczone są te róże, stoi przy stole, poprawiając włosy, a potem odwraca się, widzi go i uśmiecha się tak, że od tego uśmiechu robi się przytulnie, jakby na dworze nie był grudzień, a prawdziwe lato.
Lucia lekko potrząsnęła głową, próbując odgonić ten wymyślony obraz, ale utkwił on mocno w jej świadomości. „A mi nikt nigdy nie podarował czegoś takiego” – przemknęło jej przez głowę. Nie, oczywiście były bukiety – zwykłe z kiosku, jeden z budki przy metrze, drugi z babcinego ogródka, trzeci nawet duży, ale okropnie bez gustu i niechlujny. Ale nie chodziło nawet o bukiet, ale o sposób podania: wszystkie były wręczane z miną, jakby to była pożyczona drobnostka.
Przypomniała sobie te kilka razy, kiedy sama kupowała sobie kwiaty, tylko po to, żeby poczuć się trochę lepiej (tak, tak, nie dziwcie się, dziewczyny czasami tak robią). Ale nawet wtedy w sklepie musiała odprawiać sprzedawczynie, które z uśmiechem pytały: „Dla kogo prezent? Dla mamy?”.
„Gdyby ktoś tak przyniósł mi kwiaty…” – pomyślała, ale nie zdążyła dokończyć. Słowa urwały się w jej głowie, jakby bała się tej myśli.
Lucia ponownie wypuściła powietrze, gwałtownie, jakby próbowała zrzucić z siebie cały ten niepotrzebny ciężar. „No dobrze, zebrałam się” – powiedziała do siebie w myślach, wyprostowując nieco plecy i zaciskając paski plecaka.
Kroki stały się pewniejsze, a dom rodziców coraz bliższy. Każdy metr drogi przypominał jej teraz, że ważne nie jest to, co było wcześniej, ale to, co czeka ją w przyszłości. A czekała ją niełatwa rozmowa.
Lusia otworzyła drzwi i weszła do domu. Gwałtowna zmiana temperatury między grudniowym chłodem a ciepłem rodzinnego domu sprawiła, że na chwilę zamarła. Palce na rękach mrowiły, tak się dzieje, gdy krew w końcu wraca po długim pobycie na zimnie. Ostrożnie zamknęła za sobą drzwi, aby nie wpuścić do domu lodowatego powietrza, i zaczęła zdejmować buty, starając się nie hałasować.
W korytarzu było ciemno, ale z salonu przedostawało się słabe, ciepłe światło ze starej lampy podłogowej. Lampa stała tam już od dwudziestu lat, odkąd dziewczyna sięgała pamięcią: odkąd ojciec naprawił ją własnoręcznie, wymieniając przewody. Odziedziczył ją po dziadku i babci Luci, podobnie jak wszystko, co znajdowało się w tym domu, łącznie z nim samym. Lucia pamiętała, jak w dzieciństwie uwielbiała czytać w delikatnym świetle lampy, która była wówczas niemal ulubionym, w pewnym sensie nawet magicznym miejscem dla małego dziecka, ale teraz światło to wydawało się ponure i matowe, przypominając o beznadziejności życia mieszkańców tego domu.
Z salonu dochodziły głosy rodziców. Rozmawiali podekscytowani, jakby się kłócili, ale nie zrozumiała, o czym dokładnie. Fragmenty zdań brzmiały raz głośniej, raz ciszej, ale nie dało się zrozumieć sensu. Lucia zatrzymała się na chwilę, nasłuchując — bezskutecznie, po czym wzięła głęboki oddech i głośno zawołała:
— Mamo, tato, jestem w domu!
W sali natychmiast zapadła cisza. Słychać było tylko, jak ojciec zakaszlał, jakby chciał ukryć nagłe zakłopotanie. Po kilku sekundach w drzwiach pojawiła się matka. Wyglądała na nieco zdezorientowaną, jakby została zaskoczona. Zaniepokojone spojrzenie ukryła za uśmiechem, próbując zachować spokój, ale w jej ruchach dało się wyczuć nerwowość. Podeszła do Lusi i mocno ją przytuliła, jakby bała się ją puścić.
W nos uderzył znajomy zapach — glicerynowego mydła, którego zawsze używała matka, oraz kotletów, które smażyła na wszelkie święta, uroczystości i zwykłe spotkania. Zapach ten był dla Lucy rodzimy i pocieszający.
– Nareszcie! Przyjechała moja córeczka – powiedziała matka, starając się uśmiechnąć bardziej naturalnie – a ty co tu siedzisz jak mysz, nawet światła nie włączyłaś? Rozpakuj się szybko, daj kurtkę, zaraz ją powieszę.
Matka zaczęła krzątać się, wzięła kurtkę córki i zręcznie powiesiła ją na wieszak. Lusia dostrzegła, że ręce matki lekko drżą, ale starała się tego nie okazać.
Widać było, że coś ją bardzo niepokoiło, ale nie spieszyła się z wyjaśnieniem powodów swojego niepokoju. Matka również nie pytała, dlaczego Lusia przyjechała sama, bez narzeczonego. Wydawało się, że jej głowę zaprzątały znacznie poważniejsze sprawy. Lusia w duchu nawet się ucieszyła i odetchnęła z ulgą.
Przerażało ją, że matka wyglądała na tak zmartwioną, ale cieszyła się, że przynajmniej teraz nikt nie będzie jej dręczył pytaniami. Chciała, żeby ta chwila trwała dłużej – ciepło domu, znajomy zapach, troskliwość matki. Starała się nie myśleć o rozmowie z rodzicami, która ją czekała.
— Daj mi buty — matka, krzątając się, chwyciła buty Lucy, jakby chciała je jak najszybciej schować — od razu je schowam do szafy. Weź kapcie i załóż. Ojciec wprawdzie ogrzał dom, ale podłoga nadal jest zimna, a dywan zwinęliśmy. Myśleliśmy, że wyniesiemy je na śnieg, żeby je wytrzepać. Zapowiadali ochłodzenie, a tu proszę – machnęła rękami, okazując swoje oburzenie – zrobiło się ciepło, wszystko stopniało. Pogoda jest okropna. Tak sobie stoją… Trzeba będzie je jutro wytrzepać do sucha i wystarczy.
Matka wyprostowała się, ale natychmiast gwałtownie się wzdrygnęła, jakby przypomniała sobie o czymś ważnym.
– Co my tu stoimy w korytarzu? Chodźmy do salonu, ojciec tak na ciebie czekał, Lusia, tak czekał.
Jej głos zadrżał, ale natychmiast opanowała się, objęła córkę za ramiona i delikatnie popchnęła w stronę pokoju. Lusia poszła za nią, czując narastający niepokój. Skąd? Nie wiadomo. Ale wiecie, jak to bywa, kiedy po prostu „czujesz to w środku”, ale nie potrafisz tego wyjaśnić. Tak właśnie było teraz. Ciepłe powitanie zdawało się skrywać w sobie coś napiętego i czuła, że to napięcie zaraz wybuchnie.
Kiedy ojciec zobaczył Lusię, powoli wstał z fotela, jakby każdy ruch sprawiał mu wielki trud. Na jego twarzy pojawił się słaby uśmiech i wyciągnął ręce do córki, obejmując ją z nieoczekiwaną ostrożnością i jakby słabością w rękach. W tym uścisku nie było tej energii, którą zwykle wykazywał ojciec, i Lusia od razu to zauważyła. Wydawało jej się, że wyglądał na zmęczonego, jakby opuszczały go siły.
— Lusia, moja córeczko, przyjechałaś — powiedział cicho, zanim wstrząsnął nim ciężki kaszel.
Był to głęboki, chrapliwy kaszel, którego dźwięk zaniepokoił Lusię. Przyjrzała się uważnie ojcu, próbując zrozumieć, co się dzieje. Jego skóra wydawała się żółtawa, zmarszczki wokół oczu i na czole były głębsze, a wychudzona twarz dodawała mu lat. Lusia zdawała sobie sprawę, że ojciec jest dziesięć lat starszy od matki i że wiek daje o sobie znać, ale teraz wyglądał nie tylko na starszego. Coś w jego wyglądzie podpowiadało jej, że sprawa jest znacznie poważniejsza.
— Tato, co się stało? Przeziębiłeś się? — zapytała, starając się zachować spokój w głosie.
Ojciec znów zakaszlał i machnął ręką, jakby to była błahostka.
– Nic, trochę się przeziębiłem. A twoja matka już zdążyła narzekać na mnie? Nie słuchaj jej, jak zawsze przesadza – zbył ją, starając się uśmiechnąć, ale jego słowa brzmiały nieprzekonująco.
Z rogu pokoju, gdzie matka rozkładała sztućce na stole, dobiegł ciężki, głęboki westchnienie. Zwykle po takich westchnieniach następowały wyrzuty w stylu: “A nie mówiłam mu! Wychodzi na ulicę rozebrany! To po drewno, to po pocztę. A teraz co? Proszę! Proszę, wygłupiałeś się! Ale mnie przecież nie słuchasz. Po co?”. Tym razem jednak matka milczała. Kontynuowała swoje zajęcia, jakby nie słyszała rozmowy.
— Tato, przyniosłam herbatę z malinami. Zaraz ją zaparzę, to zniknie twój smutek — powiedziała Lusia, próbując rozładować napięcie.
— Nie przejdzie — matka nie wytrzymała i przerwała ciszę. Nagle odwróciła się, zostawiając sztućce i oparła się rękami o stół. Jej głos zabrzmiał ostro i niepokojąco.
– Gal… – próbował wtrącić ojciec, ale matka przerwała mu, machając ręcznikiem jak batutą dyrygenta.
– Co „Gal”? No co „Gal”? Udawać, że nic się nie dzieje? Żeby własna córka pozostała w niewiedzy? Żeby dalej nie wiedziała, co się dzieje w domu? – jej głos zadrżał, ale natychmiast opanowała się.
Lucia odwróciła się do ojca, a potem znowu do matki. Serce ścisnęło jej się z niepokoju.
— Czego ja nie wiem? — zapytała, czując, jak jej własny głos zaczyna drżeć jak napięta struna.
— Po prostu trochę się przeziębił. Mama jak zawsze dramatyzuje — próbował ją uspokoić ojciec, ale jego słowa brzmiały nieprzekonująco.
Matka gwałtownie odwróciła się do Lusi, jej twarz stała się surowa, a spojrzenie poważne.
— Lusia, on nie jest po prostu przeziębiony. Jeśli rozumiesz, o czym mówię… On jest chory. I potrzebuje operacji. Na razie to jest łagodna postać… Ale jeśli nie zostanie usunięte… I to jak najszybciej…
W pokoju zapadła przytłaczająca cisza. Powietrze stało się gęstsze, a czas wyraźnie zwolnił. Lusia patrzyła zdezorientowana to na ojca, to na matkę. Jej tata, który zawsze był dla niej oparciem, teraz wydawał się tak bezbronny. Matka, starając się zachować spokój, odwróciła się, udając, że rozkłada sztućce (zawsze tak robiła, gdy osiągała punkt kulminacyjny w emocjonalnej kłótni, po czym nagle przerywała dyskusję). Ale coś podpowiadało, że rozmowa nie została zakończona. Drżące ramiona matki zdradzały jej prawdziwe emocje. Lucia czuła urazę, że nie powiedziano jej wcześniej, strach przed przyszłością i pełne niezrozumienie sytuacji.
Matka w końcu odeszła od stołu i opadła na krzesło, zaciskając dłonie w pięści. Jej twarz, zwykle tak pewna siebie, wyglądała na zmęczoną i przygnębioną. — Potrzebujemy pieniędzy, Lucia. I to niemałych. Rozumiesz to? Operacja jest droga, badania jeszcze droższe. Oszczędzaliśmy, jak mogliśmy, ale teraz… nie można już dłużej zwlekać — głos matki zadrżał, ale szybko opanowała się — gdybyś nam pomogła, nie musielibyśmy brać kredytu. A na niego jeszcze trzeba czekać, na zgodę banku, nie ma pewności, że ją dadzą… Niech to wszystko przepadnie…
Matka wypowiedziała kwotę niemal szeptem, najwyraźniej sama bała się wypowiedzieć ją na głos.
– Mamo, nawet jeśli teraz znajdę pracę i będę pracować na dwie zmiany, nawet jeśli rzucę naukę i będę pracować dzień i noc… Nie uda mi się zebrać takiej kwoty – odpowiedziała przerażona Lusia.
— Ty nie — bez cienia skrępowania odpowiedziała matka — ale twój chłopak, z tego co rozumiem, może pomóc. Lusia, on przecież… jest bogaty. No co, nie pomoże ci, jeśli poprosisz? A propos, nie mieliście razem przyjechać?
Lusia poczuła, jak wszystko w niej się przewróciło.
Słowa matki uderzyły ją jak grom z jasnego nieba. Poczuła, jakby wszystko w jej wnętrzu wywróciło się do góry nogami. Miała wrażenie, jakby coś ścisnęło jej pierś, pozbawiając ją ostatniej kropli powietrza. Spuściła wzrok, aby nie spotkać się z spojrzeniem matki, i machinalnie przesunęła palcami po krawędzi obrusu.
— Mamo — powiedziała w końcu, starając się mówić spokojnie, aby nie zdradzić ogarniającej ją paniki — między mną a Igorem… To nie jest takie proste — ale natychmiast się zawahała i dodała, rozumiejąc, że to nie jest najlepszy moment na wyjaśnianie własnych życiowych problemów — no po prostu, jak sobie to wyobrażasz? On nie jest moim mężem, żebym prosiła go o pieniądze? Nie mogę po prostu przyjść do niego z taką prośbą — wyrzuciła z siebie Lusia.
Matka gwałtownie podniosła głowę, jej oczy zwęziły się.
— Nie możesz? Dlaczego? Chciałaś nam go przedstawić jako narzeczonego, prawda? A może coś nam nie mówisz? Czy moja córka okazała się tak głupia, że rzuciła się w ramiona pierwszego lepszego faceta, który wydał jej się księciem na białym koniu? — matka zaczęła wyciągać jeden scenariusz gorszy od drugiego, wyraźnie podejrzewając, że córka nie mówi jej całej prawdy.
W tym miejscu należy dodać małą uwagę. Lusia skłamała na temat narzeczonego. Spotykała się z Igorem już od kilku miesięcy, ale nikt nie poprosił jej o rękę. Nie potrafiła tego wyjaśnić mamie i tacie. Po prostu jej rodzice nie zrozumieliby tych nowomodnych zwrotów „jesteśmy parą” i „on jest moim chłopakiem”. Matka miała tylko jednego ojca, a ojciec miał tylko jedną matkę: byli to ludzie wychowani „po staremu” i córka nie chciała ich zbytnio ranić i niszczyć ich nadzieje. Szczerze mówiąc, z naiwności i dziewczęcej głupoty gdzieś w głębi duszy Люся naprawdę żywiła nadzieję, że kiedyś dojdzie do ślubu.
Ale teraz już wiedziała, że ją oszukano, a wykręcenie się przed rodzicami było zbyt trudne. Lusia poczuła, jak ściska ją gardło. Nie mogła teraz powiedzieć, że rozstała się z Igorem, że ich związek był oparty na iluzjach, a nie na czymś prawdziwym. Jak mogła to powiedzieć teraz, kiedy stawką było zdrowie jej ojca?
— Ja… Mamo, co ty mówisz? Wszystko między mną a Igorem jest w porządku. Po prostu… Postaram się, ale nie obiecuję — odpowiedziała cicho, nie mogąc wytrzymać natarczywego spojrzenia matki. — Porozmawiam z nim. Może mi pomoże.
Jej głos zadrżał, ale matka najwyraźniej tego nie zauważyła lub nie chciała zauważyć. Odetchnęła z ulgą, położyła dłoń na dłoni Lucy i delikatnie ją ścisnęła.
— Dobra dziewczynka. Nie wiem, co byśmy bez ciebie zrobili. Wiedziałam, że na ciebie można polegać. Ojciec wyzdrowieje, zobaczysz. Wszystko będzie dobrze.
Ale Lucy widziała, że ojciec nie podziela jej entuzjazmu. Przez cały czas siedział z opuszczoną głową, jakby próbował ukryć się przed tym, co się dzieje. W końcu podniósł wzrok na matkę i cicho, ale stanowczo powiedział:
— Galia, wystarczy. Lusia nie powinna tego robić. Poradzimy sobie sami. Jeszcze nie prosiłem przyszłego zięcia o rękę. Co on sobie o nas pomyśli?
Matka gwałtownie odwróciła się do niego, a jej twarz wykrzywiła mieszanka bólu i złości.
— Sami? Sami, Wołodieńka, my możemy tylko stać pod kościołem i żebrać! Nie mamy nikogo, kogo moglibyśmy poprosić, nie rozumiesz tego? Jak można być takim upartym osłem?!
Naprawdę trudno było jej o to zapytać. Nie mieli nikogo, kogo mogliby poprosić o pożyczkę, a zaciągnięcie kredytu oznaczało dla nich niewolę do końca życia, ponieważ kwota leczenia była naprawdę imponująca – słyszałeś, ile kosztuje operacja? Ty… ty jesteś po prostu upartym starym głupcem! Gdzie możesz teraz wsadzić swoją dumę? Lucia może pomóc, to nasza córka! Co cię obchodzi, co o tobie pomyślą?
— Dokładnie. To nasza córka — powtórzył, patrząc prosto na Lucię — i nie chcę, żeby się poniżała przed kimkolwiek i błagała, tym bardziej dla mnie. Nie chcę, żeby brała pieniądze od kogokolwiek.
Lusia milczała, czując, jak w jej duszy szaleje burza. Z jednej strony rozumiała ojca. Z drugiej – jak mogła nie spróbować, skoro od tego zależało jego życie? Wstała, żeby wyjść z pokoju i jakoś się opanować, ale matka zawołała ją:
— Gdzie idziesz, Lusia? Porozmawiasz z nim, prawda? Nie zostawisz nas w potrzebie?
Lusia odwróciła się i skinęła głową, starając się nie patrzeć na ojca. Wiedziała, że jego spojrzenie będzie pełne niezadowolenia.
— Tak, mamo, porozmawiam z nim.
I szybko wyszła z pokoju, aby ukryć łzy, które zaczęły palić jej policzki. W korytarzu oparła się o ścianę, czując, jak napięcie stopniowo przeradza się w rozpacz. Nie wiedziała, co powie Igorowi, nie wiedziała, czy w ogóle zgodzi się pomóc. Ale nie miała innego wyboru.
Późno w nocy Lusia leżała na łóżku, bezskutecznie próbując zasnąć. Myśli o zbliżającej się rozmowie z Igorem krążyły w jej głowie, nie dając jej spokoju. Przeglądała w myślach możliwe scenariusze: jak on zareaguje, co powie, czy będzie chciał pomóc? Serce ściskało się ze strachu, a gorycz niedawnego rozstania sprawiała, że zadanie to było jeszcze trudniejsze.
Za oknem słychać było rzadkie uderzenia deszczu, potęgujące poczucie samotności. Wiedziała, że jutro będzie decydującym dniem i będzie musiała zebrać całą swoją odwagę, aby spotkać się z Igorem. Jeszcze jedno ciężkie westchnienie i w końcu zamknęła oczy, mając nadzieję, że choć na chwilę zapomni o wszystkim w niespokojnym śnie, ale nie udało jej się zasnąć, co najwyżej zdrzemnęła się na pół godziny.
Następnego ranka, po nieprzespanej nocy, Lusia wstała przed świtem i zaczęła się zbierać. Przed nią czekała ciężka i długa droga, ale postanowiła, że dla ojca zrobi wszystko. Pożegnawszy się z rodzicami, Lusia pospieszyła na dworzec:
— No to leć, muszę biec! – odpowiedziała niespokojnie, spoglądając na zegarek i odrywając się od matki – bo się spóźnię.
– No biegnij, biegnij, córeczko. Napisz, jak dotrzesz – powiedziała matka, wypuszczając ją z uścisku – i tam, to… Porozmawiaj z nim, jak się nazywa. Igor, tak?
— Porozmawiam, pamiętam — Lucy ponownie uściskała rodziców i wybiegła za próg.
Starała się zachowywać dzielnie, ale myśli krążyły jej w głowie jak pszczoły w ogromnym ulu:
— Cholera, spóźnię się, wszystko w nieodpowiednim momencie — szepnęła pod nosem, przechodząc w pośpiechu przez ulicę.
Gwałtowny zgrzyt hamulców zmusił ją do zatrzymania się, jakby sparaliżował ją na środku jezdni. W ciągu sekundy ogarnął ją strach, a potem oburzenie.
— Gdzie pan jedzie?! — wykrzyknęła, czując, jak adrenalina uderza jej do krwi, a serce gotowe wyskoczyć z piersi. — Pan ślepy, czy co?
– Cóż, to pani potrzebuje okularów, miła pani – odpowiedział spokojnie kierowca. – Gdzie pani wchodzi mi pod koła? Jeszcze na czerwonym świetle? Potem bym się odpowiadał, jak za dobrą! – skarcił ją łagodnie. Sam się przestraszył, ale starał się zachować spokój. – Wszystko w porządku? — dodał, oglądając Lusię.
— Wszystko w porządku? Nie, nie jest w porządku! — Lusia podniosła głowę i ku swojemu zaskoczeniu zdała sobie sprawę, że zna kierowcę. To był ten sam chłopak, z którym wczoraj nawiązała przelotną znajomość. Ten, który poprosił ją o potrzymanie bukietu. On też ją rozpoznał i chciał coś dodać, ale w tym momencie adrenalina zaczęła opadać i Lusia, nie mogąc powstrzymać wszystkich emocji, które nagromadziły się w ciągu ostatniej doby, rozpłakała się:
— Przez pana spóźniłam się na pociąg… Niech to wszystko szlag trafi… — z bezsilności dziewczyna po prostu zaczęła płakać jeszcze bardziej niż wcześniej — Aaa…
Serce biło jak szalone. Nie przestając płakać z bezsilności i nagromadzonych emocji, podniosła głowę i zobaczyła, jak kierowca szybko wyskoczył z samochodu. „No proszę”, — przemknęło jej przez głowę, — „kto by pomyślał, że oni jeszcze kiedyś się spotkają… I to w takich okolicznościach”.
– Dziewczyno, wszystko w porządku? – zapytał, wyrywając ją z histerii, jego głos był pełen wzburzenia. (Nic dziwnego, cała ulica patrzyła teraz na niego, jakby to on ją przejechał kilka razy).
Lucia skinęła głową, nie mogąc wydobyć z siebie ani słowa, ponieważ głos zdradził ją jąkając się, a łkanie nie pozwalało jej oddychać. Jej ręce nadal drżały, a łzy zdradziecko spływały po policzkach, ale po wyrzuceniu z siebie pierwszej i największej fali emocji, była już w stanie mniej więcej jasno myśleć i zaczęła dochodzić do siebie po stresie.
— Boże, co się stało? Możesz mówić? Coś się zraniłaś? — podszedł bliżej, jego spojrzenie było zaniepokojone, ale ciepłe.
Lucia nie wytrzymała i znów wybuchnęła płaczem. Wszystko, co nagromadziło się w ciągu ostatnich dni, wyrwało się na zewnątrz. Płakała jeszcze bardziej niż wcześniej, zakrywając twarz dłońmi.
— Co się stało… Co ja mam z tobą zrobić… Chodźmy — rozumiejąc, że stojąc na środku drogi nie uzyska od niej żadnego sensownego wyjaśnienia, a cała ulica, od przechodniów po kierowców innych samochodów, już patrzy na nich z irytacją, chłopak postanowił zabrać dziewczynę w bezpieczne i spokojne miejsce, aby się uspokoiła i doszła do siebie. — Proszę wsiadać do samochodu. Nic pani nie zrobię, proszę wsiadać — podniósł jej walizkę i otworzył bagażnik.
Lucia nagle przestała płakać. Instynkt samozachowawczy zadziałał natychmiast. „Przecież nie znam tego człowieka. A jeśli zawiezie mnie do lasu? A jeśli…”. W ciągu sekundy przez jej głowę przeleciały różne scenariusze tego, co mogłoby się z nią stać, gdyby była na tyle lekkomyślna, żeby wsiąść do samochodu nieznajomego.
– Myślisz, że życie mi nie drogie? – jakby czytając w jej myślach i odpowiadając z góry, odezwał się nieznajomy z bagażnika – z taką liczbą świadków, których zebrałaś wokół nas swoimi krzykami i płaczem, nawet gdybym chciał coś ci zrobić… Złapaliby mnie jeszcze tego samego dnia. I nie, nie jestem maniakiem, po prostu chcę odpokutować za to, że omal panią nie przejechałem. Chociaż pani też powinna pani przeprosić, patrzeć na boki i nie jechać na czerwonym świetle.
Lucia całkowicie przestała płakać, tylko pociągała nosem, łkała i patrzyła teraz na kierowcę szeroko otwartymi oczami. W jego słowach była logika, więc strach stopniowo zaczął znikać.
— Proszę już wsiadać, bo ten cały korek, który się za nami zebrał, razem z gapiami, obrzuci nas kamieniami — powiedział już dość podekscytowany, zwracając się do niej.
W końcu usiadła w samochodzie i pojechali w nieznanym jej kierunku. Jechali w milczeniu. Kierowca nie zadawał Lusi zbędnych pytań, a ona sama bała się go o cokolwiek zapytać. W całkowitej ciszy spędzili razem około 20 minut, po czym samochód zjechał z głównej drogi i zatrzymał się przy jakiejś niepozornej przydrożnej kawiarence.
Lucia wysiadła z samochodu i rozejrzała się na boki. Wydawało się, że ta niepozorna knajpka była ukryta przed wzrokiem zwykłych ludzi i tylko nieliczni wiedzieli, jak tu trafić. Na pewno tak było, ponieważ jej towarzysz, wyczuwając jej spojrzenie i ponownie wyprzedzając pytanie, rzucił jakby od niechcenia:
— Sam kiedyś przypadkiem natknąłem się na to miejsce — przychodzą tu tylko stali bywalcy i ci, którzy znają tę kawiarnię. Ale myślę, że pani się spodoba.
Lucia poszła za nim do środka. Jak na dziwne, facet miał rację: w środku było zupełnie inaczej niż z zewnątrz. Czas jakby zatrzymał się gdzieś w minionym stuleciu. Aksamitne zasłony majestatycznie rozciągały się wzdłuż szerokich okien, a ceglane ściany w połączeniu z główną wizytówką tego miejsca, ogromnym kominkiem, tworzyły atmosferę spokoju i przytulności. Prawdziwy raj w leśnej głuszy. Rzeczywiście, gości nie było wielu, ale widać było, że wszyscy byli tu już wcześniej. Wszyscy zachowywali się swobodnie, wielu zwracało się do właściciela lokalu po imieniu.
Po zapoznaniu się z surowym na pierwszy rzut oka panem za barem, Lucia zrozumiała, że całe to dzieło jest dziełem dwóch osób, Mikołaja Borysicza, właściciela kawiarni, i jego żony, Lubawy, jak czule nazywał ją sam mąż. Kupując kiedyś działkę, wiele lat temu, młoda wówczas para postanowiła nie rozbierać zrujnowanego, zapomnianego przez wszystkich domu, który stał na ich ziemi. Zamiast tego odbudowali go i przywrócili ducha dawnych czasów. Dom jest dość duży, choć na pierwszy rzut oka nie wygląda zbyt okazale. Na drugim piętrze mieszkają właściciele, a na pierwszym znajduje się mała restauracja-kawiarnia.
Nowy znajomy zaprowadził Lusię do stolika przy oknie, z którego rozciągał się widok na las. Niezręcznie usiadła, spuszczając wzrok na podłogę, czując, jak resztki łez wciąż grożą wyrwać się na zewnątrz. Jej towarzysz nie spieszył się, aby zająć miejsce naprzeciwko niej, zamiast tego podszedł do lady, zamienił kilka słów z właścicielem. Po chwili wrócił z dwiema filiżankami kawy i talerzem z ciastkami.
— Proszę bardzo — chłopak ostrożnie postawił przed nią dymiącą filiżankę — gorące, proszę uważać.
– Dziękuję – odpowiedziała cicho Lusia, ściskając dłońmi rozgrzaną już ceramiczną filiżankę.
Przez kilka minut pili w milczeniu. Lusia czuła, jak napięcie stopniowo opada, pozostawiając po sobie jedynie zmęczenie i zakłopotanie. Wydawało się, że kierowca wcale nie spieszył się, aby ją wypytywać, co było zaskakujące. Zazwyczaj ludzie nie przepuszczają okazji, aby wtrącić się w życie innych. Ale tutaj było dokładnie odwrotnie. Jak w starej, dobrej bajce o Kubusiu Puchatku: pszczoły są nieprawidłowe i produkują jakiś nieprawidłowy miód.
— A ja myślałem, że coś pani powie — w końcu uśmiechnął się, odkładając filiżankę — w żadnym wypadku nie chcę nikomu wchodzić w życie, proszę mnie dobrze zrozumieć, ale jednak mało kto tak reaguje na starcie na światłach i spóźnienie na pociąg.
Lucia westchnęła ciężko, czując, jak zaczyna jej drżeć podbródek. Zagryzła wargę, żeby nie rozpłakać się ponownie, ale wydawało się, że było już za późno. Emocje znów wyrwały się na zewnątrz.
— Po prostu… rozumiesz… a tam… — machnęła ręką — co za różnica.
I tak nic się nie zmieni, jeśli teraz wyleję na ciebie wszystko. Chcesz tego? — Lusia spojrzała na rozmówcę pytająco i jednocześnie błagalnie. Być może on tego nie potrzebował, ale ona… Wyrazić się, wyrzucić z siebie wszystko, po prostu w końcu banalnie poskarżyć się na życie. Teraz. Jak nigdy dotąd. Po prostu kobieco. Trzeba.
I jak na dziwne, nowy znajomy zdawał się rozumieć to jak nikt inny. Być może właśnie dlatego milczał, tylko skinął głową, dając jej do zrozumienia, że odpowiada twierdząco na jej retoryczne pytanie.
Nie trzeba było długo prosić Lusi. Słowa płynęły strumieniem i trudno było zatrzymać ten potok słów:
— Mój ojciec jest chory — pierwsze, co wyrzuciła z siebie Lusia, odwracając wzrok — potrzebuje operacji. A my… nie mamy pieniędzy. I… — Lusia zamilkła, przełykając łzy — i musiałam porozmawiać z chłopakiem… byłym… żeby poprosić o pomoc. A on… — machnęła ręką, nie wiedząc, jak wyjaśnić to wszystko nieznajomemu człowiekowi — w sumie nawet nie wiem, jak podejść do niego z tą prośbą. Wszystko jest skomplikowane. Wszystko po prostu nałożyło się na siebie jak śnieżna kula… Rozumiesz? Do tego jeszcze ta sygnalizacja świetlna, i pan… i spóźniłam się na pociąg… To była ostatnia kropla…
Facet słuchał uważnie, nie przerywając. W jego spojrzeniu nie było litości, za co Lusia była wdzięczna. Żal jest tym, którzy się załamali, a ona wciąż próbowała się trzymać.
— Sytuacja oczywiście nie jest przyjemna — powiedział w końcu, mrużąc oczy, jakby rozważał jej słowa — ale jesteś pewna, że on ci pomoże? No, twój były. Mogę cię nazywać na „ty”?
— Tak, możesz mi mówić na „ty” — skinęła głową dziewczyna — a co do faceta, to myślę, że nie — przyznała szczerze Lusia — nawet nie wiem, czy zgodzi się ze mną porozmawiać. Nie rozstaliśmy się oficjalnie, ale on przyłapał mnie, jak podsłuchiwałam jego rozmowę z przyjaciółmi. Długa historia… W każdym razie, po tym wszystkim… Sima wyśle mnie daleko stąd…
— Sima? To kto nadał takie imię twojemu byłemu chłopakowi? — zapytał młody mężczyzna, nie ukrywając uśmiechu.
— To nie imię — odpowiedziała spokojnie Lusia — tylko nazwisko. To znaczy, nazywa się Simonow. A ma na imię Igor.
Na chwilę oczy jej rozmówcy zrobiły się okrągłe, a brwi lekko uniosły się w górę ze zdziwienia, ale szybko opanował się, aby nie zdradzić swojej reakcji:
— Powiedz jeszcze, że to syn tego samego Szymona — rzucił jakby od niechcenia.
— Nie wiem, tego samego czy nie tego samego… Wiem tylko, że jego ojciec zajmuje się sprzedażą samochodów. Sima wspominał, że mają rodzinny biznes. W całym kraju mają kilkanaście salonów i podobno planowali rozszerzyć działalność za granicą.
— Boris Simonov? — zapytał młody człowiek.
— Boris Simonov — skinęła głową Lucia. Znasz ich?
— A kto nie zna… Nazwisko znane. I, jak na ironię losu, tak się złożyło, że mój ojciec kiedyś ściśle z nim współpracował. Można powiedzieć, że razem zaczynali biznes. Potem doszło do nieprzyjemnej sytuacji i, jak to się mówi, drogi się rozeszły. Ale nie ma co o tym teraz mówić. Wróćmy do sedna rozmowy – spieszył się, aby zmienić temat – a co, jeśli odmówi? Jeśli twierdzisz, że to całkiem możliwe… Co wtedy zrobisz? Myślałaś już o tym?
Lucia podniosła na niego wzrok. To pytanie zabrzmiało nieoczekiwanie bezpośrednio i nie było w nim cienia wymijania. Wzruszyła ramionami.
– W takim razie… Boże, nie wiem. Pójdę do banku, załatwię kredyt. Spróbuję znaleźć jakieś inne rozwiązania.
Chłopak skinął głową, powoli mieszając łyżeczką kawę.
– Dobrze byłoby nie mieć historii kredytowej, a do tego praca… – westchnął, ale potem jakby ożywił się. – Wiesz, co jest dziwne? – powiedział nagle z uśmiechem. – Dzisiaj zdecydowanie nie miałem najlepszego dnia. Ale patrzę na ciebie i rozumiem, że moje problemy są niczym. A ty, jak mi się wydaje, jesteś dobrym człowiekiem… A dobrym ludziom trzeba pomagać.
Lucia uśmiechnęła się słabo w odpowiedzi. Brzmiało to prosto, bez patosu. Jak fakt.
— Dziękuję — szepnęła.
— Za co? — zdziwił się.
— Za to, że pozwoliłeś mi się wysypać, nawet jeśli nie znalazłeś żadnego rozwiązania.
Chłopak odchylił się na oparcie krzesła, jakby zastanawiając się nad jej słowami. Potem znów spojrzał na nią:
— Już od dwóch godzin przebywam w towarzystwie pięknej damy, a nawet nie przedstawiłem się i nie zapytałem o najważniejsze. Jak się nazywasz, śliczna istoto?
— Luśia.
— Miło cię poznać, Luśia. Ja jestem Oleg.
Wyciągnął rękę przez stół, a Lusia ostrożnie uścisnęła ją. Dziwne, ale w tym momencie poczuła się odrobinę lżej i spokojniej, i uśmiechnęła się.
— A teraz do rzeczy — zaczął Oleg, uważnie przyglądając się Lusi — wydaje mi się, że mogę ci pomóc.
Lucia zamarła, nie wierząc własnym uszom. Przez chwilę po prostu patrzyła na niego, próbując zrozumieć, co powiedział.
— Pomóc? — zapytała, jakby właśnie zaproponował jej lot na Księżyc. — Gdzie jest haczyk?
Codziennie pomagasz pierwszej lepszej osobie, która poprosi o pieniądze, czy tylko dzisiaj postanowiłeś pobawić się w Robin Hooda? – zapytała Lusia z niedowierzaniem i lekką ironią w głosie.
Oleg skinął głową, a na jego twarzy pojawił się lekki uśmiech.
— Tak, naprawdę. Jeszcze nie byłem Robin Hoodem. Ale od czegoś trzeba zacząć — widząc nadal cień nieufności i podejrzliwości na twarzy dziewczyny, pośpiesznie wyjaśnił — i tak, mówię całkowicie poważnie. Ale jest pewien niuans.
— No jasne — mruknęła Lusia, natychmiast stając się czujna — zdradzisz mi?
Oleg odchylił się na oparcie krzesła, splatając palce w klamrę. Patrzył na Lusię z wyrazem twarzy człowieka, który wie coś, co może wiele zmienić, ale nie spieszy się z ujawnieniem wszystkich kart, tylko zastanawia się, którą z kart wyłożyć na stół jako pierwszą.
– Ty jesteś z tym Igorem… Simonowem… Jeśli dobrze rozumiem, to nie zerwałaś z nim ostatecznie? – zapytał ostrożnie.
Lusia zmarszczyła brwi.
— Cóż, oficjalnie nie. A co? — odpowiedziała, czując, jak napięcie znów ją ogarnia. — Sam słyszałeś, że między nami… no, nie jest teraz zbyt dobrze. Jakie to ma znaczenie?
Oleg nadal patrzył na nią. W jego spojrzeniu pojawił się nowy odcień — poważny, niemal biznesowy.
– Chodzi o to, że ten Igor i jego ojciec, Borys Simonow, od dawna mnie interesują. A raczej nie mnie osobiście, ale tych, którzy zajmują się dziennikarskimi śledztwami. A ja akurat jestem jednym z nich.
Lucia uniosła brwi ze zdziwieniem.
– To znaczy, że jesteś dziennikarzem? – zapytała, nie ukrywając zdziwienia.
— Tak — potwierdził spokojnie Oleg — nie poszedłem w ślady ojca. To nie moja droga. Ale to, co dzieje się w tej branży… To zupełnie inna sprawa.
Zrobił pauzę, jakby sprawdzając, czy Lusia śledzi jego słowa. Patrzyła na niego, lekko mrużąc oczy, najwyraźniej nie rozumiejąc, do czego zmierza.
— Borys Simonow nie jest zbyt uczciwym człowiekiem — kontynuował Oleg — jak to się mówi, ma coś na sumieniu i to od dawna. W jego biznesie dzieje się wiele nieczystych interesów. Moim celem jest to udowodnić.
— I co z tego? — zapytała Lusia — jaki to ma związek ze mną?
Oleg westchnął, pochylając się lekko nad stołem.
— Bezpośredni. Prawdopodobnie sam Bóg cię do mnie wysłał. Muszę zdobyć pewne dokumenty. Simonowowie nie przechowują takich rzeczy w żadnym ze swoich biur. Wielokrotnie przeprowadzano tam naloty. Na podstawie dokumentów. Doszliśmy do wniosku, że najważniejsze dokumenty Simonow senior przechowuje w swoim gabinecie w domu. Ale, jak rozumiesz, nie jest łatwo się tam dostać. A ty…
Zamilkł, czekając na reakcję.
— Ja? — zapytała Lusia, jej głos brzmiał ostrożnie. — Co ja? Co ja mogę zrobić w tej sytuacji?
— Znasz Igora. On ci ufa… a przynajmniej ufał. Masz do niego dostęp, do jego kręgu. Jeśli pomożesz mi zdobyć potrzebne dokumenty, zapewnię ci pieniądze. Wystarczy na operację twojego ojca, a jeszcze zostanie. Honoraria za „głowy” skandalicznych osobistości są u nas przyzwoite.
Lucia zamarła, rozważając jego słowa. To wszystko brzmiało… nieprawdopodobnie. Pomóc dziennikarzowi w jakimś śledztwie? Jej? Dziewczynie, która po prostu chciała rozwiązać swoje życiowe problemy i nic więcej?
— Powiedz, że to tylko żart? — zapytała w końcu, patrząc podejrzliwie na Olega.
— Ani trochę — odpowiedział poważnie — i pomyśl sama: nie tylko osiągniesz swój cel, ale także zemścisz się na Igorze za to, co ci zrobił. Czy to nie sprawiedliwe?
Lucia milczała. Jej myśli krążyły między „To szaleństwo!” a „A co, jeśli…?”.
– A, do diabła z tym – Lucy machnęła ręką i ku zaskoczeniu własnemu, a nawet Olega, zgodziła się na tę awanturniczą wyprawę.
– Świetnie – Oleg potarł dłonie. W takim razie ruszajmy. Tak się złożyło, że jadę tam, gdzie ty zamierzałaś pojechać pociągiem. Z tą tylko różnicą, że wolę podróżować samochodem. A skoro jestem dziś taki hojny i dobry, to niech będzie, podwiozę miłą damę.
— Ach — Lucia zawahała się nieco — twoja dziewczyna nie będzie miała nic przeciwko?
– Dziewczyna? Ktoś jeszcze jechał z nami na tylnym siedzeniu? – Oleg odpowiedział z drwiną, udając obojętność. – A może chodzi ci o kwiaty? – Od razu domyślił się, skąd Lusia wzięła pomysł, że ma on kogoś.
– Tak – skinęła głową, nieco zawstydzona.
— Tak się złożyło, że mamy ze sobą więcej wspólnego, niż mogłabyś pomyśleć — uśmiechnął się przebiegle chłopak — dziwny zbieg okoliczności, jak to się mówi… Niedaleko od twojego domu mieszka moja pierwsza nauczycielka. Do dziesiątego roku życia mieszkałem z rodzicami w twoim mieście. Potem przeprowadziliśmy się do stolicy. Ale moja pierwsza nauczycielka jest również przyjaciółką mojej mamy. Tak więc nadal utrzymujemy dobre stosunki. Ten bukiet był dla niej. I nie, nie mam nikogo, nie wyprzedzaj faktów. Jeśli nie masz więcej pytań i skończyłaś kawę, to ubieraj się i możemy jechać.
Nie było więcej pytań i wyruszyli w drogę. Lucia wróciła do miasta, czując niezwykłe dla siebie podekscytowanie. Była zdecydowana działać, chociaż gdzieś w głębi duszy wciąż budziły się wątpliwości i protesty. „Co ja robię? Po co to robię?” – te myśli pojawiały się raz po raz, ale ona je odpierała. Po raz pierwszy od dawna czuła, że bierze los w swoje ręce i w tej chwili wydawało jej się, że robi coś dobrego.
Przebrała się w coś, co można było nazwać skromną, ale starannie przemyślaną próbą, aby dobrze wyglądać, i stanęła przed lustrem. Dyskretny makijaż podkreślał jej duże, brązowe oczy, podobne do oczu jelonka Bambi. Włosy, które zwykle zapinała w ciasny warkocz, teraz opadały swobodnymi lokami na ramiona. Lucia wydawała się sobie inna. Odważna. Ryzykown
— No, Igorze, trzymaj się — wymamrotała cicho, wybierając jego numer.
Na drugi sygnał odebrał. Jego głos brzmiał zaskakująco radośnie, jakby nie spodziewał się, że Lusia zadzwoni.
— Lusia? Dzięki Bogu! Myślałem, że nie odbierzesz — Igor nie ukrywał swojego zaskoczenia — to było nieładnie. Widziałem, jak uciekasz. Zrozumiałem, że to przez tę rozmowę, ale ty wszystko źle zrozumiałaś, Lusia. Mogę ci wszystko wyjaśnić — zaczął, wykorzystując swoją szansę, aby wyjaśnić wszystko tu i teraz.
— Cześć — zaczęła, starając się nie zdradzić irytacji w głosie — jeśli masz coś do wyjaśnienia, to zrób to podczas osobistego spotkania. Możemy się dzisiaj spotkać?
Na drugim końcu słuchawki zapadła krótka cisza, ale potem Igor radośnie zagadał:
— Oczywiście, że możemy. Bardzo się złościsz?
Lucia poczuła, jak nieprzyjemna fala irytacji podnosi się w niej. Szybko jednak stłumiła ten wybuch, pamiętając, po co dzwoniła.
— Nie, nie jestem zła — skłamała, starając się brzmieć szczerze — po prostu… chciałam porozmawiać. Może naprawdę coś źle zrozumiałam, więc będziesz miał okazję opowiedzieć mi, jak naprawdę było.
– No to się cieszę! – Igor wydawał się być w doskonałym nastroju. – Może wpadniesz do mnie? Co o tym myślisz? Tak będzie najwygodniej. Rodzice właśnie wyjechali, więc mamy dom tylko dla siebie.
Serce Lucy zabiło mocniej. Oto zaproszenie, którego nie spodziewała się usłyszeć tak szybko. Jakby los sam popychał wydarzenia do przodu.
— Dobrze — odpowiedziała po krótkiej przerwie — Napisz adres, przyjadę.
— Już wysyłam — powiedział radośnie Igor — Do zobaczenia, Lesionek.
Po zakończeniu rozmowy jeszcze przez chwilę patrzyła na ekran telefonu, próbując opanować napływające emocje. Jej plan wydawał się realizować, ale wraz z tym przyszła świadomość, jak niebezpieczna może być ta gra.
„Nic, dam radę” – powiedziała cicho do siebie, wymawiając słowa jak mantrę.
W głowie przemknęły jej słowa Olega: „Nie tylko osiągniesz swój cel, ale także zemścisz się”.
— No to na Boga! — Lusia narzuciła płaszcz, wrzuciła do torebki klucze, portfel, perfumy podarowane przez przyjaciółkę i wyszła z domu. Czekał na nią wieczór, który mógł zmienić wszystko, ale nawet ona sama nie wiedziała, jak dokładnie.
Lucia wyszła z klatki i od razu wpisała adres w aplikacji taksówki. Telefon lekko zadrżał w jej dłoniach, czy to z zimna, czy z własnego podekscytowania. Palce nie chciały jej słuchać, ale za drugim lub trzecim razem udało jej się wpisać ulicę i numer domu w oknie wyszukiwania aplikacji. Igor wysłał adres niemal natychmiast po zakończeniu rozmowy, a ona wciąż nie mogła pozbyć się dziwnego uczucia – czy to ulgi, że pierwszy krok został zrobiony, czy niepokoju, że coś może pójść nie tak.
„Nic, wszystko idzie zgodnie z planem” — uspokajała się Lusia, patrząc, jak na ekranie mapy samochód pełznie w kierunku jej domu. Ale w środku nadal czuła niepokój. Czekała ją rozmowa, do której nie była przygotowana (a jak w ogóle można się do tego przygotować!), i wyraźnie brakowało jej pewności siebie. Szczerze mówiąc, gdzieś w głębi duszy nadal dręczyła ją myśl, że być może postępuje niewłaściwie. Oleg widziała tylko dwa razy w życiu. Skąd mogła wiedzieć, że mówi prawdę? Ale natychmiast starała się wyrzucić te myśli z głowy. Załóżmy, że nie znała Olega. To prawda. Ale za to bardzo dobrze znała Igora i, jak na to patrzeć, zasługiwał on na zemstę wszechświata, jak to się mówi.
Taksówka podjechała szybko, a Lusia usiadła na tylnym siedzeniu, starając się nie patrzeć kierowcy w oczy. Mechanicznie przesunęła dłonią po pasku torebki, a potem spojrzała przez okno. W głowie kłębiły się tysiące myśli: co powiedzieć, jak zareagować, żeby się nie zdradzić.
Samochód skręcił w główną ulicę, a za oknami migotały świecące neony, rzadcy przechodnie, słabo oświetlone ławki. W odbiciu szyby dostrzegła swoją twarz — na pozór spokojną, ale oczy zdradzały wewnętrzne napięcie.
„Weź się w garść” – powiedziała sobie w myślach – „skoro już zaczęłaś, doprowadź sprawę do końca. Teraz nie ma już odwrotu”.
Taksówka skręciła w cichą ulicę ekskluzywnej dzielnicy z dwupiętrowymi domami, za wysokimi ogrodzeniami których rozciągały się zadbane posiadłości. Lucia zmarszczyła brwi, patrząc, jak przed nimi wyrastają masywne kute bramy. Zaczęły się powoli otwierać, a samochód płynnie zatrzymał się.
– Tutaj? – zapytał kierowca, spoglądając na dziewczynę w lusterku.
Lucia skinęła głową, choć słowa utknęły jej w gardle.
— Tak, dziękuję — odpowiedziała krótko i wysiadła.
Przed nią rozciągał się ogromny teren, starannie wyłożony płytkami, z potężnymi lampami wzdłuż ścieżek. W samym centrum całej posiadłości stał dom, a raczej rezydencja, z wysokimi oknami i szerokimi schodami wejściowymi.
„No proszę…”. — pomyślała. Zamarła na chwilę, czując się mała i obca w tej przestrzeni.
Lucia wzięła głęboki oddech i zdecydowanym krokiem weszła po schodach. Dzwonek był prawie niewidoczny na tle ciemnych drzwi, ale w końcu go znalazła i nacisnęła. Po kilku chwilach drzwi się otworzyły.
Na progu stał Igor. Jego lekko potargane włosy i niechlujny wygląd w dżinsach i swetrze nie pasowały do luksusu domku.
„Cześć” — powiedział krótko, próbując się uśmiechnąć. „Dotarłaś bez przygód? Kierowcy zawsze mają problem z dojazdem do naszego domu”.
– Cześć – odpowiedziała Luścia, szarpiąc pasek torby, wciąż nie wiedząc, gdzie podziać ręce. – Tak, bez problemów.
Odsunął się, wpuszczając ją do środka.
Luścia weszła do domu, ostrożnie rozglądając się dookoła. Przestronny hol wyglądał tak, jakby nigdy nie tknęło go ludzkie ręka. Podłogi lśniły, w rogu stała wysoka donica z egzotycznymi roślinami, a gdzieś na górze słychać było cichy szum, prawdopodobnie pracowała klimatyzacja. Igor szybko zamknął za nią drzwi i skinął głową w stronę przedpokoju.
— Śmiało, rozbierz się, przejdź. Możesz założyć kapcie, są po prawej stronie dla gości.
W milczeniu zdjęła płaszcz, czując, jak ręce i nogi stają się watowe, a krew odpływa z twarzy, ale z całych sił starała się nie zdradzić swojego podekscytowania. Igor wziął płaszcz z jej rąk i powiesił go na wieszaku.
— Dziękuję, że przyszłaś — powiedział — szczerze mówiąc, nie spodziewałem się, że się zgodzisz.
— No… — zaczęła, ale natychmiast się zatrzymała, nie wiedząc, jak kontynuować.
Uśmiechnął się nieco niezręcznie.
— Dobrze, chodźmy do salonu — zaproponował.
Lucia przeszła za nim korytarzem oświetlonym słabym światłem. Salon był przytulny, pomimo całego swojego luksusu. Miękka sofa, duży telewizor na ścianie, który bardziej przypominał ekran w kinie, mały stolik, na którym leżał pilot i kilka czasopism.
— Usiądź, czuj się jak u siebie — powiedział Igor, wskazując na kanapę. — Herbata? Kawa? Potaneczki? — uśmiechnął się i zmrużył oczy. W rzeczywistości sam czuł się niezręcznie z powodu tego, co się stało, więc teraz z całych sił starał się rozładować atmosferę, aby nie wyglądać w jej oczach żałośnie lub głupio.
— Herbatę — odpowiedziała, siadając na skraju kanapy — dziękuję.
Igor poszedł do kuchni, a ona została sama. Lucia spojrzała po pokoju, zatrzymując wzrok na szklanej gablocie z książkami. Ku jej zaskoczeniu biblioteka była wypełniona klasyką i literaturą naukową. Spodziewała się raczej czasopism biznesowych, książek o samorozwoju i innych bzdur. W głębi pokoju coś cicho tykało. Ogromny zegar stojący w rogu pokoju był ukryty w cieniu rozrośniętego bluszczu. Było przytulnie i na chwilę Lusia rozluźniła się i mogła swobodnie odetchnąć.
Igor wrócił z tacą, na której stały filiżanki i mały czajnik.
— Proszę — postawił filiżankę przed nią i usiadł naprzeciwko.
— Dziękuję — odpowiedziała krótko.
Przez kilka sekund milczeli. Lusia spuściła wzrok na filiżankę, starając się nie patrzeć na sprawcę całej tej uroczystości.
– Posłuchaj – zaczął Igor, niepewnie przestawiając filiżankę z miejsca na miejsce – chciałem cię przeprosić. Wtedy… przed przyjaciółmi… – Lusia, to była tylko przechwałka, wśród facetów to normalne. Nikt by mnie nie zrozumiał, gdybym śpiewał ci serenady. Rozumiesz, o czym mówię?
— Nie rozumiem — odpowiedziała szczerze Lusia — nie mogła pojąć, jak można tak mówić o kimś, na kim ci zależy.
Igor próbował wyjaśnić jej swoje stanowisko. Trzeba jednak uczciwie przyznać, że chłopiec pochodził z zamożnej rodziny i otaczało go odpowiednie środowisko, a większość jego kolegów naprawdę nie rozumiała, jak można na poważnie spotykać się z dziewczynami spoza swojej klasy społecznej. Igor, choć pochodził z zamożnej rodziny, wychowywał się głównie pod opieką babci, która starała się zaszczepić wnukowi właściwe wartości moralne. Trzeba jej przyznać, że naprawdę jej się to udało. Dlatego Igor miał sumienie i szacunek dla słabszej płci, ale właśnie dlatego, że jego otoczenie gardziło tymi cechami, bardzo dobrze je ukrywał i maskował przed przyjaciółmi.
Lucia milczała, czując, jak coś nieprzyjemnego narasta w jej wnętrzu. Nie wiedziała, czy mówi prawdę, ale pamiętała, jaki był Igor, kiedy zostawali sami, i wiedziała, dlaczego kiedyś mu zaufała.
— Prawda, nie wiem, co mnie naszło. Po prostu… no, chciałem wyglądać fajniej. Byłem głupcem. Lusia… Wybacz… — rzucił na nią krótkie spojrzenie, wyraźnie mając nadzieję, że zobaczy choć jakąś reakcję — nie powinienem był tak o tobie mówić. Możesz mi nie wierzyć, ale naprawdę nie myślę tak, jak wtedy powiedziałem im. Jesteś dobra, Lusia. Było mi z tobą naprawdę dobrze. I jeśli wybaczysz mi tę głupotę, obiecuję, że więcej nie będę rzucał słowami.
Podniosła wzrok, dostrzegając w jego spojrzeniu zakłopotanie, a może nawet szczerość, ale Lusia była już zbyt przekonana, że wszystko skończone. Przynajmniej dla niej.
— To wszystko? — zapytała cicho, bardziej po to, żeby coś powiedzieć, niż z chęci kontynuowania rozmowy.
Igor lekko wzruszył ramionami.
— No nie wiem, co jeszcze mam zrobić, żebyś mi uwierzyła…
Lusia wzięła filiżankę i upiła mały łyk. Wszystko działo się jakoś dziwnie. Ale jednocześnie dobrze. Nie wiedziała, co powiedzieć, ale czuła się znacznie spokojniejsza niż wtedy, gdy przekroczyła próg jego domu.
Zamiast odpowiedzieć, odwróciła się do okna, patrząc na ogród i oświetloną lampkami taras.
— Może spróbuję rozładować atmosferę? — nieco ożywiony własnym pomysłem, Igor wstał z fotela.
Lucia spojrzała na niego nieco obojętnie, ale jednak zapytała:
— Co proponujesz?
– Zaufaj mi, poczekaj tu, zaraz wracam – z tymi słowami Igor zniknął za drzwiami, a po kilku minutach pojawił się ponownie w drzwiach. Wrócił z butelką wina i dwoma kieliszkami, postawił wszystko na stoliku i uśmiechnął się.
– No to się trochę zrelaksujemy – powiedział, otwierając butelkę.
Jego ruch nagle zamarł, gwałtownie podniósł głowę i odwrócił się w stronę okna.
— Słyszałaś? — zapytał.
— Co? — zdezorientowała się Luśka.
Igor podszedł do okna, lekko odsunął zasłonę i wyjrzał na zewnątrz.
— Cholera! — zaklął cicho, niemal szeptem.
– Mama przyjechała… – mruknął pod nosem.
– No i co z tego? – zaniepokoiła się Lusia.
Igor odwrócił się, spoglądając to na nią, to na drzwi.
– Lusia, moja mama… no cóż, ona nie lubi, kiedy przyprowadzam dziewczyny do domu. To… krótko mówiąc, lepiej, żeby cię nie widziała.
– Mówisz poważnie? – uniosła brwi, czując, jak w środku narasta irytacja.
– Tak, tak, tak… Wiem, że to brzmi jak wymówka, ale to prawda – odparł szybko – ale łatwiej mi pokazać ci tylne drzwi, niż tłumaczyć się jej. Nie masz nic przeciwko?
Lucia spojrzała na niego, jakby próbowała zrozumieć, czy mówi poważnie, czy tylko żartuje. Ale w jego głosie słychać było niepokój.
— Dobrze, pokaż — powiedziała krótko, wstając.
— Dzięki — wypuścił z siebie Kigor, wyraźnie ulżony jej zgodą na dobrowolne opuszczenie domu.
Przeprowadził ją przez korytarz, potem skręcił do kuchni i wskazał małe boczne drzwi na końcu holu.
— Tam — wskazał — po prawej stronie jest wyjście. Jak wyjdziesz, będzie ścieżka, która prowadzi do domku gościnnego. Od strony gości brama jest mała, będzie otwarta. Personel zwykle wchodzi przez nią.
Od strony głównych drzwi rozległy się kroki. Najwyraźniej jego mama już weszła do środka i zaczęła zdejmować buty. Igor w panice popchnął Lusię do przodu i zasłonił za nią drzwi. Nie musiał jej długo prosić. Lusia panicznie bała się ciemności, więc przebiegła przez całą kuchnię i wyszła do tego samego holu, prowadzącego do zapasowego wyjścia. Korytarzem szła już wolniej, starając się nie hałasować. Światło latarni, przenikające przez wysokie okna, rzucało na ściany długie, dziwaczne cienie. Już zdążyło się ściemnić, zmierzch był tak gęsty, że jeszcze pół godziny i można by pomyśleć, że jest głęboka noc. Tak bywa tylko zimą lub późną jesienią.
Jej rozmyślania przerwała ślepa uliczka:
— Tak, stop… W lewo czy w prawo powiedział? — Lusia była tak zdezorientowana, że nie mogła sobie przypomnieć, z której strony jest wyjście. Drzwi były identyczne, więc nie miała nawet pojęcia, które jest które. A przecież Igor wyraźnie o tym mówił.
– W lewo pójdziesz, szczęście znajdziesz – zaczęła rozmyślać pod nosem, po czym sięgnęła do klamki lewych drzwi, za którymi, jak przypuszczała, znajdowało się wyjście. Zamiast na ulicę, weszła do jakiegoś ciemnego pomieszczenia. Kiedy jej oczy przyzwyczaiły się do słabego oświetlenia, ku swojemu zdziwieniu Lusia zdała sobie sprawę, że znajduje się w gabinecie. Wszystko było rozmieszczone pedantycznie i równo. Urządzone było gustownie, zupełnie nie pretensjonalnie, jak to widywała w filmach. I wtedy dotarło do niej: to właśnie tutaj musiały leżeć te dokumenty. Nasłuchując jednym uchem tego, co dzieje się w korytarzu, Lusia bez wahania rzuciła się do biurka. Zaczęła szukać czegokolwiek, co mogłoby wyglądać dziwnie lub różnić się od reszty. Przeszukując dokumenty w dolnej szufladzie, nagle zdała sobie sprawę, że spod nich wystaje kartka papieru. Stało się jasne, że pod spodem znajduje się jeszcze jedna półka, ale ukryta. Podnosząc drewnianą wkładkę, Lusia odsłoniła ukrytą półkę, na której leżał imponujący segregator z jakimiś dokumentami i starymi rysunkami.
Wewnętrzny głos podpowiadał jej, że to właśnie tego szukał Oleg. Po sekundzie zapaliło się światło w kuchni i Lusia zdała sobie sprawę, że czas ucieka. W każdej chwili mogli ją złapać. Schowała teczkę pod kurtkę i ruszyła w stronę drzwi, wymknęła się na korytarz i po sekundzie zniknęła za drugimi drzwiami, które prowadziły do wyjścia. Serce biło jej jak u zająca, który ledwo zdążył uciec przed prześladowcami. Adrenalina przepełniała ją i omal nie pobiegła w półprzysiadzie w kierunku domku gościnnego. Brama była zamknięta, ale na szczęście nie była tak wysoka jak brama od frontu domku. Przeklinać pod nosem, Lusia zaczepiła nogą o marmurowy dzban i przerzuciła nogę, trzymając się kutych monogramów. Wszystko było już za nią, ale wciąż brakowało jej powietrza w płucach. Następne kilka godzin Lusia pamiętała mgliście. Jakoś dotarła do głównej drogi (aby nie wzbudzać podejrzeń, postanowiła nie zamawiać taksówki bezpośrednio pod dom rodziców Igora), a potem w półśnie dotarła do domu i zadzwoniła do Olega. Przyjechał zaskakująco szybko, zabrał od niej teczkę i powiedział, że jutro przeleje jej pieniądze, jak tylko otrzyma zapłatę za tę sensację, po czym Lusia poszła na górę i zasnęła bez sił.
Lucia obudziła się na irytujący dzwonek telefonu. Oczy miała zaspane, głowa jej dudniła, a ciało było jak ołowiane. Przesunęła dłonią po twarzy, próbując dojść do siebie, i z trudem sięgnęła po telefon leżący na szafce nocnej.
Na ekranie pojawiło się imię Igora.
„Co jeszcze?” – przemknęło jej przez głowę.
„Tak” – odpowiedziała, starając się brzmieć spokojnie, chociaż w środku wszystko się przewróciło, gdy usłyszała jego zaniepokojony głos w słuchawce.
– Luś, cześć – jego głos był cichy, pozbawiony zwykłej pewności siebie. – Jesteś wolna? Możemy się spotkać, po prostu nie mam nikogo, z kim mógłbym się tym podzielić…
– Co się stało? – zapytała, czując, jak w środku narasta niepokój.
– Ojciec trafił do szpitala. W nocy dostał zawału – powiedział po krótkiej przerwie. – Wczoraj, po tym, jak wyszłaś, wszystko jakoś się popsuło. Cóż… – zawahał się. – Trudno to wyjaśnić, ale w skrócie, ojciec zgubił dokumenty.
Lucia na chwilę nawet przestała oddychać, ale potem, zrozumiawszy, że on jej nie podejrzewa, postanowiła udawać głupią do końca:
– Jakie dokumenty? – zapytała, choć doskonale rozumiała, o czym mowa.
– Były w jego gabinecie – Igor nieco zniżył głos, jakby zdradzał jej jakąś rodzinną tajemnicę – tam były osobiste dokumenty taty. Zawsze je chowa w tym samym miejscu, więc nie mógł ich zgubić ani gdzieś zostawić. Są tam rysunki, umowy… konkurenci od dawna na nie polowali. Teraz firma nie tylko poniesie straty. Chodzi o ogromne sumy… Po prostu uwierz mi na słowo… Moja rodzina jest teraz w totalnej dupie…
Lucia poczuła, jak zimny pot przebiega jej po plecach. Z trudem przełknęła ślinę i spuściła wzrok na kołdrę, którą nerwowo gładziła palcami.
— Igor… — zaczęła, ale głos jej zadrżał.
— Lusia, powiedz mi szczerze, czy… może widziałaś kogoś, kiedy wychodziłaś wczoraj tylnym wyjściem? — Jego słowa były jak cios.
Lusia zamilkła. W środku wszystko się skurczyło. Nie wiedziała, co powiedzieć, ale rozumiała, że nie ma sensu ukrywać.
— Ja… Nikogo tam nie było, ale wiem, co się stało. Wszystko ci wyjaśnię — wykrztusiła w końcu, czując, jak serce wali jej jak szalone — tylko nie przez telefon, dobrze? Możemy się spotkać za godzinę?
Igor milczał przez kilka sekund, a potem rzucił krótko:
— Dobrze. Przyjedź do mnie. Tam wszystko wyjaśnisz.
Odłożył słuchawkę, a Lusia pozostała na łóżku, wpatrując się w jeden punkt. Dopiero teraz zrozumiała, co naprawdę narobiła. Lusia przypominała sobie Olega, jego słowa, jego obietnice, i wszystko zaczęło układać się w głowie.
“Oleg… On nie jest dziennikarzem. Po prostu mnie wykorzystali. Po raz kolejny.
Kiedy w końcu przestaniesz być taką naiwną idiotką, Lusia?„, – myślała, obejmując głowę rękami.
Ogarnęło ją palące poczucie winy.
”Co ja narobiłam?” – teraz pozostało jej tylko spotkać się z Igorem i powiedzieć mu wszystko tak, jak jest… Nawet jeśli będzie ją to bardzo drogo kosztowało.
Już po 10 minutach Lusia pędziła na oślep po schodach swojego starego pięciopiętrowego budynku, przeskakując co drugi stopień. Wyskoczywszy jak strzała z klatki schodowej, dosłownie wskoczyła do taksówki. Zadzwoniła po nią zaraz po zakończeniu rozmowy z Igorem i odłożeniu słuchawki. Taksówka podjechała dosłownie od razu, więc kiedy wyszła z domu, samochód już czekał na pasażera. Kierowca zdążył wysiąść i stał teraz, zaciągając się gęstym dymem, leniwie opierając się o maskę. Lucia zaskoczyła go. Nawet się nie przywitała, tylko wskoczyła do samochodu. Drzwi zatrzasnęły się z głośnym trzaskiem, kierowca rzucił na nią krótkie spojrzenie, ale nic nie powiedział.
Przez chwilę zawahała się, próbując jakoś kontrolować to, co robi. “Pędzę do niego po co? Co w ogóle powiem? Jak to wyjaśnić? Za coś takiego mogą mnie wsadzić… W najlepszym razie… Boże, Lusia, w co ty się wpakowałaś? Teraz będziesz to rozgryzać do końca swoich dni…” – myśli kłębiły się w jej głowie, ale zmusiła się do spokojnego oddychania, chociaż serce ściskało się w piersi i podchodziło jej do gardła.
Samochód wyjechał z dzielnicy mieszkalnej na główną ulicę i pomknął po prawie pustych drogach. Poranna szarość już prawie się rozjaśniła, ale za oknem tu i ówdzie nadal migotały rozmyte światła latarni. Oparła czoło o szybę i starała się nie myśleć o tym, co się dzieje. Nie wychodziło jej to zbyt dobrze.
Nie wiedziała, co jest straszniejsze – powiedzieć prawdę, czy zobaczyć i usłyszeć, jak Igor zareaguje na tę prawdę. Podczas gdy dręczyły ją rozmyślania, taksówka skręciła w znaną jej ulicę, gdzie za wysokimi ogrodzeniami kryły się eleganckie domy. Lucia odruchowo rozejrzała się, chociaż zapamiętała drogę już za pierwszym razem. Wszystko wyglądało tak samo: cicho, bogato, obco.
Brama, tak jak poprzednim razem, była uchylona. Wysiadła z samochodu, szybko wrzuciła kierowcy pieniądze przez ramię i szybkim krokiem skierowała się do drzwi.
Nie musiała dzwonić, Igor otworzył od razu, jakby stał za drzwiami i czekał na nią. Był ubrany tak samo jak wczoraj: dżinsy, sweter, lekko potargane włosy. Wyglądał na opanowanego, ale w jego oczach wyraźnie widać było zmęczenie.
– Nawet się nie przebrałeś od wczoraj? – zapytała zaskoczona Lusia, patrząc na niego.
– Cześć – powiedział krótko, cofając się, aby wpuścić ją do środka. Jej pytanie było retoryczne i nie zamierzał na nie odpowiadać. Zamiast tego grzecznie się przywitał i zaprosił ją do środka.
— Cześć — odpowiedziała cicho Lusia, przekraczając próg.
Mechanicznie zdjęła płaszcz i powiesiła go na tym samym wieszaku, na którym wisiał wczoraj. Ciszę przerywał, tak jak poprzednio, tylko stary zegar. Wydawało się, że wszystko inne w domu drzemało, nic nie zdradzało, że kilka godzin temu coś się tu wydarzyło. Ale w jej sercu nie było spokoju.
Igor zamknął drzwi, zatrzymał się na sekundę, po czym, jakby zmienił zdanie, skierował się do salonu.
— Mama jest w szpitalu — powiedział spokojnym, niemal pozbawionym emocji głosem. — Pojechała razem z ojcem, kiedy przyjechała karetka, żeby go zabrać.
– A jak on się czuje? Dzwoniłeś do nich? – zapytała Lusia, czując, jak gardło wyschło jej z przerażenia.
Igor wzruszył ramionami, nie patrząc na nią.
– Dzwoniłem. Jak na razie stan jest stabilny, tak powiedzieli lekarze. Ale… jeśli te dokumenty wyjdą na jaw… – przerwał, przesuwając dłonią po twarzy – po prostu nas zniszczą. Z całego jego dzieła nie zostanie nawet mokre miejsce.
Podniósł na nią wzrok. Prosty, nie mrugający, jakby patrzył prosto w jej duszę. Lucia poczuła, jak wszystko w niej zamarło.
— Chciałaś coś powiedzieć. Mów, słucham cię uważnie — tylko tyle powiedział.
Ona spuściła oczy, czując, jak rumieniec napływa jej na policzki, a nogi stają się watowe i uginają się pod nią.
– Igor… – zaczęła, ale głos jej ucichł.
– Mów – powtórzył krótko.
Lucia zacisnęła palce, jakby próbując utrzymać się czegoś niewidzialnego.
– To ja – powiedziała w końcu, wyciskając słowa z siebie z trudem. – To ja je wzięłam.
Igor milczał. Ale na jego twarzy pojawił się cień prawdziwego zdziwienia:
– Nieoczekiwanie, kontynuuj – dodał tylko.
— Chciałam się zemścić — kontynuowała, czując, jak głos zaczyna jej drżeć — za wszystko, co wtedy powiedziałeś…
Przełknęła ślinę, walcząc z napływającymi łzami.
— Zemsta to rozumiem, ale ktoś cię do tego namówił, mam rację? — przerwał jej Igor — wątpię, żebyś sama do tego doszła. O planach ojca wiedział tylko jego były zastępca, który był jednocześnie jego najlepszym przyjacielem. Chociaż kontaktowali się z tobą raczej pośrednio. Myślę, że od tego należy zacząć opowieść.
— Spotkałam faceta, kiedy byłam u rodziców — zaczęła wyjaśniać wszystko po kolei Lusia — przedstawił się jako Oleg. Prawie wpadłam mu pod koła, a do tego pociąg, i tata wtedy też… Wszystko się na mnie zwaliło. A on obiecał mi pomoc. Powiedział, że jest dziennikarzem. Że zbiera dowody przeciwko twojemu ojcu. A ja… uwierzyłam mu. W zamian obiecał pomóc mi w zdobyciu pieniędzy na leczenie ojca.
— Oleg — powtórzył Igor, jakby sprawdzając, czy dobrze usłyszał — znam twojego dziennikarza. Chodziliśmy razem do przedszkola. Na tym kończą się nasze wspólne zainteresowania nim i jego rodziną. Jest tak samo zgniły jak jego ojciec. Jak to się mówi, jabłko nie pada daleko od jabłoni…
— Skąd mogłam wiedzieć — wykrztusiła Lusia — powiedział, że przez ciebie jego ojciec został z niczym.
Ostatnie słowa wypowiedziała niemal szeptem. Czekała, że zacznie krzyczeć, oskarżać ją. Ale zamiast tego Igor tylko westchnął i przeczesał dłonią włosy, patrząc gdzieś obok niej.
— Oczywiście, że z niczym. Najpierw okradał ojca i knuł za jego plecami, tak że już wtedy prawie wyrzucili go z domu, a potem chodził i knuł intrygi, podkładał mu kłody pod nogi, kiedy ojciec wyrzucił go z firmy.
Igor zamilkł, patrząc gdzieś obok niej. Jego twarz pozostała nieruchoma, ale spojrzenie stało się ciemniejsze, twardsze.
— A ty, głupia, uwierzyłaś pierwszemu lepszemu? Nawet nie pomyślałaś, jak to się może skończyć?
Lusia skuliła się.
— Nie wiem, co jeszcze powiedzieć… Przepraszam.
Jej głos zadrżał, łzy były gotowe wylać się z oczu, ale powstrzymywała je z ostatnich sił. Igor tylko potrząsnął głową i odszedł do okna, najwyraźniej próbując przetrawić to, co się stało, i zdecydować, co z tym wszystkim zrobić.
Nagle parsknął i cicho mruknął pod nosem:
— Za co ja się w tobie, głupia, zakochałem…
— Zakochałeś? — Luśia zamarła, nie wierząc własnym uszom.
On natychmiast odwrócił się, łapiąc jej wzrok i zdawał się zrozumieć, że powiedział to na głos.
– No tak… – wycedził, wyraźnie zawstydzony, ale starając się zachować pozory spokoju. – Tylko nie za to, oczywiście.
Lucia zamrugała zdezorientowana. Takiego wyznania, zwłaszcza w takich okolicznościach, najmniej się spodziewała w całym swoim życiu.
– Oczywiście, narobiłaś sobie kłopotów – kontynuował, krzyżując ręce na piersi – ale nie będę cię teraz za to zabijał…
– A co mam zrobić? – zapytała niepewnie.
Igor uśmiechnął się.
— Nie czas teraz rozgryzać, kto jest winny, kiedy firma jest zagrożona — z zamyśleniem podrapał się po karku, po czym nagle spojrzał na nią z przebiegłym uśmiechem — mam pomysł. Ale będziesz musiała spotkać się jeszcze raz z tym Olegiem.
— Co? — Lusia spojrzała na niego z niedowierzaniem.
– Co „co”? On myśli, że jesteś z nim w zmowie, bo nie zdążyłaś mu powiedzieć, że pojechałaś do mnie z wyznaniem winy?
Lucia szybko potrząsnęła głową.
– Dowiedz się, gdzie są dokumenty i co zamierza z nimi zrobić.
– A jeśli zorientuje się, że wszystko wiem? – zmarszczyła brwi Lucia.
— No, wtedy będziemy musieli improwizować — wzruszył ramionami Igor — ale jestem pewien, że dasz radę.
— Dlaczego jesteś taki pewien? — zapytała, sceptycznie zaciskając usta.
— Bo masz talent do pakowania się w głupie sytuacje, ale też nieźle sobie z nich radzisz — mrugnął do niej.
Przewróciła oczami, ale kąciki ust drgnęły w słabym uśmiechu.
— Dobrze — westchnęła Lusia — Co mam robić?
— Nic. Po prostu bądź sobą — odpowiedział Igor z uśmiechem — zachowuj się tak samo jak podczas pierwszego spotkania. A potem zobaczymy. Chyba nie myślisz, że tak po prostu zostawimy cię tam samego z nim?
Lucia potrząsnęła głową, ale nic nie powiedziała. Wydawało się, że gorzej już nie będzie. A może będzie, ale i tak nie ma już odwrotu. Siedziała naprzeciw Igora, zaciskając palce tak mocno, że zbielały jej kostki. Jego słowa, że nie zostanie sama w tej sytuacji, nieco ją uspokoiły. Nieco.
— Zadzwoń do niego — powiedział krótko Igor, przerywając krótką pauzę.
— Teraz? — zapytała, patrząc na niego tak, jakby zaproponował jej skok z dachu bez spadochronu.
— A kiedy, jutro? Po co zwlekać? — uniósł brwi — im szybciej zaczniemy, tym mniej czasu będzie miał na wymyślenie czegoś sprytnego.
Lucia westchnęła, wzięła telefon i powoli wybrała numer. Starała się zachować spokój. Dzwonienie wydawało się nie mieć końca, ale ku jej uldze Oleg w końcu odebrał.
— Halo? — Jego głos brzmiał nieco zaskoczony.
— Cześć, tu Lusia — zaczęła, starając się nadać głosowi łagodny ton — możemy się spotkać? Chodzi o dokumenty.
Po drugiej stronie nastąpiła pauza.
— Oczywiście. Coś się stało? — ostrożnie zapytał Oleg.
— Lepiej porozmawiajmy osobiście — odpowiedziała wymijająco Lusia — na bulwarze Gagarina jest kawiarnia na rogu? Możesz tam podjechać?
— Tak, wiem, gdzie to jest. Za godzinę?
— Tak — odpowiedziała krótko i szybko odłożyła słuchawkę, zanim zaczęła brzmieć zbyt nerwowo.
Położyła telefon na stół i spojrzała na Igora.
— Wszystko.
— Dobra robota — skinął głową — teraz słuchaj. Powiedz mu, że wiesz o jego sprawach rodzinnych, ale pokaż, że jesteś po jego stronie. Wymyśl coś o fałszywych dokumentach. Najprawdopodobniej będzie chciał się upewnić, że nadal jesteś gotowa mu pomóc.
– A potem? – zapytała, czując, jak łzy cisną się jej do oczu.
– A potem po prostu słuchaj. Słuchaj i zapisuj. Najlepiej od razu na dyktafon. Sam wszystko powie, jeśli będziesz go przekonująco przekonywać.
Lucia wzięła głęboki wdech i wypuściła powietrze. Westchnęła jeszcze raz, jak przed zanurzeniem się w głęboką wodę.
— No i co, gotowa? — zapytał Igor, jakby przed startem maratonu.
— Nie — przyznała szczerze — ale i tak nie mam wyboru.
Lucia pojawiła się przy wejściu do kawiarni na bulwarze Gagarina nieco wcześniej, aby zebrać myśli. Jej palce nerwowo bawiły się rączką torebki, a wzrok błądził po przechodniach. Po kilku minutach pojawił się Oleg. Szedł szybko, nie oglądając się za siebie, a gdy ją zauważył, od razu się uśmiechnął, choć nieco nerwowo. Otwierając jej drzwi wejściowe, odwrócił się i spojrzał na ulicę badawczym wzrokiem. Przez sekundę Lusia pomyślała, że może ją o coś podejrzewa, ale na szczęście mógł podejrzewać tylko to, że ktoś może ją śledzić. Samą Lusię nie podejrzewał o nic. Już podczas pierwszego spotkania wywarła na nim wrażenie naiwnej, przestraszonej sarenki. Szczerze mówiąc, nie spodziewał się, że poradzi sobie z kradzieżą dokumentów. Ale jak to się mówi, na co nie jest zdolna skrzywdzona kobieta, prawda?
– Cześć – powiedział i ruszył w kierunku odległego kąta sali w poszukiwaniu ustronnego stolika – co się stało?
Lusia skinęła głową i wskazała krzesło naprzeciwko.
– Usiądź, porozmawiajmy.
Oleg usiadł, opierając łokcie na stole, i spojrzał na nią uważnie.
– No?
Zebrała się na odwagę i zaczęła:
— Dziś rano dzwonił do mnie Simonow. Wiem, że nie jesteś dziennikarzem. Wiem też o sprawach twojego ojca.
Zmarszczył brwi, ale nic nie powiedział, jakby czekając na ciąg dalszy.
— Nie masz żadnych dowodów — odpowiedział tylko. Nie tknąłem nawet papierów, prawda? Czego teraz chcesz? Żebym poszła powiedzieć Simonowom, gdzie i czego szukać?
– Gdybym chciała, już bym powiedziała, a tak jestem tutaj – dodała spokojnie, podnosząc dłonie, aby pokazać, że nie zamierza go oskarżać. – Nie obchodzi mnie, co tam macie w Santa Barbara. To nie moja sprawa. Moja sprawa jest mała. Ja pomagam tobie, ty pomagasz mi. A Simonow junior dostaje to, na co zasłużył.
– Więc chodzi ci o pieniądze? – zapytał ponownie, lekko pochylając się do przodu. – Będą jutro, musisz trochę wyciszyć sprawę.
– Poczekaj, jeszcze ich nie zarobiłam.
– Jak to? – Oleg nie rozumiał i szeroko otworzył oczy.
— W ramieniu — Lucy wczuła się w rolę i już czuła się jak prawdziwa aktorka, grająca swój scenariusz na brawura — Sima wygadał się, że najpierw ojciec się martwił, a potem okazało się, że skradziono nie te dokumenty. To znaczy, że wyjęłam z gabinetu nie tę teczkę, rozumiesz? Teczka leżała tam właśnie na taką „przypadek”, jako zapasowa. Są w niej nieaktualne informacje. Więc teraz jest więcej niż pewien, że konkurenci ukradli mu podkładkę.
Lusia uważnie obserwowała jego reakcję.
— I co proponujesz? — zapytał.
— A jak myślisz? — odpowiedziała, pochylając głowę. — Mam dostęp do domu Igora. Teraz, kiedy wiemy, że potrzebna jest inna teczka, mogę spróbować jeszcze raz. Ale żeby nikt niczego nie podejrzewał, trzeba zwrócić i zamienić na oryginał tę teczkę, którą wczoraj ode mnie wziąłeś, rozumiesz, o czym mówię? — Lusia pochyliła się nad stołem i zaczęła szeptem mówić. Masz ją przy sobie?
— Czy jestem idiotą, żeby nosić przy sobie cenne dokumenty? Oczywiście, że nie!
— Ale oddałeś ją już jej ojcu? — zapytała ostrożnie Lusia.
— Nie, umówiliśmy się, że spotkamy się dzisiaj po obiedzie. A teczka jest u mnie w mieszkaniu.
Oleg wyłożył na stół wszystkie swoje atuty, nie zdając sobie z tego sprawy. Podobała mu się Lusia i nieświadomie stracił czujność w jej obecności. Oleg rozluźnił się, przysunął się nieco bliżej i zaczął zdradzać szczegóły. Lucia słuchała, starając się wyglądać na zainteresowaną, ale w środku czuła narastające poczucie zwycięstwa. W tym czasie telefon w jej torebce nadal nagrywał każde jego słowo.
Mówił chętnie, z lekką samozadowoleniem, jakby był pewien swojej bezkarności.
— Więc jeśli zrobimy wszystko dobrze — kontynuował — ta sprawa będzie dla Simonowa ostatnią kroplą. Nie będzie w stanie się z tego otrząsnąć.
Lucia kiwała głową, udając, że rozumie, choć w środku ogarnęło ją silne pragnienie, by zakończyć tę rozmowę natychmiast. Ale trzeba było poczekać na odpowiedni moment.
I nadszedł.
— Nie przeszkadzam? — rozległ się znajomy głos za plecami.
Oleg gwałtownie się odwrócił. Przy stoliku stał Igor, a nieco z tyłu dwóch zbirów, najwyraźniej ochroniarze jego ojca. Lucia poczuła, jak całe jej ciało napięło się, ale na twarzy starała się zachować lekki wyraz zaskoczenia.
— Olej, ile lat, ile zim! — zaczął sztucznie swoją przemowę. Cieszę się, że cię widzę, naprawdę, uwierz mi — powiedział Igor z wymuszonym uśmiechem, siadając obok Lusi.
— Ty… — Oleg zatrzymał się w połowie zdania, najwyraźniej nie spodziewając się takiego obrotu sprawy.
— Ja — Igor rozłożył ręce, jakby wyjaśniając coś oczywistego — a teraz przejdźmy do rzeczy. Wiem, że masz teczkę.
Lusia spojrzała na Igora, nie do końca rozumiejąc, o czym mówi.
— Jakie dowody? — zapytał zuchwale Oleg.
— A oto siedzi przed tobą twój dowód — Igor skinął głową w stronę Luci.
Oleg zbladł, ale szybko opanował się.
— I co zamierzacie z tym zrobić? — zapytał, starając się wyglądać na spokojnego. — Ona ukradła, więc to ona ponosi odpowiedzialność.
– Już ją przepytałem, nie martw się – odpowiedział Igor. – A teraz jedziesz z nami, oddajesz teczkę, a my odniesiemy ją na miejsce. Żadnych kopii, żadnych sztuczek. W przeciwnym razie nagranie trafi prosto na policję.
Lucia milczała, bojąc się zepsuć moment. Czuła, jak wszystko w niej się przewraca, ale trzymała się w ryzach. Przez sekundę poczuła nawet dumę z Igora.
Oleg przeniósł wzrok z Igora na Lucię, jakby próbując zrozumieć, czy naprawdę jest po ich stronie.
— A ja myślałem, że jesteś normalna… — zaczął, ale ona tylko wzruszyła ramionami.
— Nic osobistego. Każdy ma swoje priorytety.
Przez kilka sekund siedział nieruchomo, a potem ciężko westchnął.
— Dobrze — powiedział w końcu — zgadzam się.
Igor uśmiechnął się, ale w jego spojrzeniu nie było ani odrobiny radości.
– Świetnie – powiedział, wstając – to do dzieła.
Po całej tej scenie Lusia siedziała w samochodzie obok Igora, patrząc przez okno. Jej myśli były gdzieś daleko, a słowa Olega wciąż brzmiały w jej głowie.
– Jak się czujesz? – zapytał nagle Igor, przerywając ciszę.
– Normalnie – odpowiedziała cicho, ale sama nie wierzyła w swoje słowa.
Spojrzał na nią z zamyśleniem.
– Lusia, posłuchaj – zaczął – może spróbujemy jeszcze raz?
Odwróciła się do niego, spotykając jego wzrok.
– Co od początku?
– Wszystko – odpowiedział po prostu. – Normalnie. Naprawdę, bez tych popisów i innych głupot.
Lusia milczała. Nie wiedziała, co powiedzieć, ale nagle zrozumiała, że naprawdę chce być z nim.
– Kto nie ryzykuje… – powiedziała w końcu, wydychając powietrze.
Igor uśmiechnął się, a w tym uśmiechu nie było nic zbędnego.
— Więc uważaj, że się dogadaliśmy. Co mówiłaś o swoim ojcu? O jakiej kwocie mowa?
Już po tygodniu Lusia przyjechała do rodziców razem z Igorem. Pomógł jej ojcu w operacji, a pół roku później para wzięła ślub. Minęło pięć lat i ta historia przypominała im się tylko podczas świąt w gronie rodziny i przyjaciół, jako jedna z tych, które opisuje się jako anegdotę. Lusia spodziewała się dziecka i była już w zaawansowanej ciąży, kiedy pewnego dnia spacerowała po parku.
— Dziewczynka? — zawołała ją Cyganka.
„Tak, skąd pani…?”. Lusia została zaskoczona.
„Będzie piękna, zobaczysz” – wydawało się, że kobieta zignorowała jej pytanie, ale to, co powiedziała potem, sprawiło, że Lusia zamarła w miejscu:
— Widzę, że czeka ją szczęśliwe życie, tylko niech wystrzega się białych róż. Tylko one mogą przynieść jej nieszczęście.
Gdzieś w pobliżu zaszczekał pies i zapłakał mały chłopiec. Lusia odruchowo odwróciła się, aby zobaczyć, co się stało, a kiedy spojrzała za siebie, Cyganka zniknęła bez śladu.
