Marina z ogromnym wysiłkiem podniosła się na nogi. Plecy przeszywał ostry ból, ale nie można było zwlekać. Jeśli nie zgromadzą zapasów leśnych bogactw – grzybów, jagód – nadchodzące chłody zamienią się w prawdziwą torturę.
„Boże, Andriej, jak nam się z tego wykaraskać? Jak dalej żyć? Dlaczego nie zadbałeś o nas?” – zwróciła się w myślach do męża, patrząc na zdjęcie przymocowane do drewnianego krucyfiksu.
Na marmurowy nagrobek zdecydowanie brakowało środków, a nawet perspektywa ich pojawienia się wydawała się mglista. W tej sytuacji należało pomyśleć, jak nie upaść z wyczerpania. Delikatnie przesunęła dłonią po powiększonym brzuchu i opuściła ogrodzenie. Cmentarz znajdował się niedaleko wsi, tuż przy drodze prowadzącej do lasu. Za każdym razem, gdy wyruszała po dary natury, Marina odwiedzała zmarłego męża. Nie zdawała sobie sprawy, co ją tam ciągnie. W zasadzie…
To właśnie Andriej był przyczyną jej nieciekawej sytuacji. Gdyby nie ciąża, już dawno porzuciłaby to miejsce i przeniosła się do wielkiego miasta. Znalazłaby jakieś zajęcie, ułożyła sobie życie. O swojej interesującej sytuacji dowiedziała się dopiero po jego śmierci. I dopiero wtedy w pełni zrozumiała, co ją czeka. Andriej wywiózł ją z miasta. A dokładniej, nie jechali – uciekali. W nocy, żeby nikt nie widział. Marina…
Została żoną wesołego, pełnego życia mężczyzny, który dosłownie zasypywał ją prezentami. A potem okazało się, że jej małżonek jest zapalonym hazardzistą. Czasami szczęście mu sprzyjało, ale częściej odwracało się od niego. Tej nocy, kiedy uciekali z miasta, Andriej wyznał, że ma spory dług, za który mogą go bez wahania zabić. Marina nie chciała uciekać razem z nim. Rozumiała, że to nie jest wyjście. Ale Andriej…
Nie pozostawił jej wyboru, twierdząc, że inaczej ona też ucierpi. Zamieszkali w rozpadającej się chatce na obrzeżach małej wioski. Mąż zapewniał, że to dom jego babci, o którym nikt nie wie. Minęło kilka miesięcy. Marina powoli się zaaklimatyzowała. Andriej znalazł pracę jako traktorzysta.
Poznała sąsiadów i nawet się z nimi zaprzyjaźniła. Zaczęła wierzyć, że wszystko się ułoży, ale pewnego dnia Andriej nie wrócił do domu. Marina przez cały dzień odczuwała niewytłumaczalny niepokój. Czekała na niego przy bramie, ale nie pojawiał się. Minęła godzina. Pod dom podjechał samochód przewodniczącego.
„Szybciej wsiadaj!” Pobiegła do samochodu, domyślając się już, że stało się coś złego. Andriej leżał na czyjejś kołdrze. Od razu zauważyła, że ledwo oddycha. Krzyknęła nie swoim głosem. Rzuciła się do niego.
Mąż z trudem otworzył powieki i wyszeptał: „Nie wracaj do miasta, zostań tutaj. Wybacz” – i zamknął oczy na zawsze. Na pogrzeb trzeba było pożyczyć pieniądze. Nie pracowała, w domu nie było praktycznie nic. A po tygodniu zdała sobie sprawę, że nosi pod sercem dziecko. Nie pozbyłaby się dziecka za żadne skarby świata, ale nie miała pojęcia, jak teraz będzie żyć.
Zasunęła zasuwę w furtce. Aby postawić ogrodzenie, również musiała pożyczyć pieniądze. Znalazła pracę jako sprzątaczka w lokalnej szkole. Wynagrodzenie było śmieszne i prawie całe przeznaczała na spłatę długów. Marina westchnęła. Pewnie tym, którzy mają rodzinę, żyje się łatwiej. Oni zawsze pomogą, wesprą. Weszła głęboko w las. Trzeba było zbierać grzyby. Marina suszyła je i marynowała.
Marynowane i suszone grzyby dobrze się sprzedawały na targu. Tak właśnie robiła: niewielką część zostawiała dla siebie, a większość sprzedawała. Trzeba było przecież coś kupić dla przyszłego dziecka. A przecież nie miała nic przygotowanego. Zeszła dość daleko w głąb lasu. Na obrzeżach wszystko już dawno zostało zebrane. A tutaj wiejskie babcie rzadko zaglądały, powrót był zbyt długi. Poza tym musiała być ostrożna. A co jeśli? Poród był już bardzo blisko.
Ale starała się o tym nie myśleć – może się uda. Marina dostrzegła przytulną polankę i skierowała się w tę stronę. Grzyby uwielbiają takie zakątki w lesie. Tam na pewno napełni koszyk. Marina rozchyliła zarośla i zamarła ze zdumienia. Co to? Niemal w samym środku polanki stał helikopter. Łopatki były złamane, maszyna przewrócona na bok. Wyglądała na małą, jakby dziecięcą zabawkę. Najwyraźniej…
Pojawiła się tu niedawno, prawie że przed chwilą. Marina powoli się zbliżyła. Nigdy wcześniej nie widziała takiego urządzenia z bliska. Zatrzymała się. I wtedy usłyszała dziwny szelest, jakby ktoś jęczał. Kobieta cofnęła się. Chciała uciec, ale powstrzymała się. Czy naprawdę ktoś tam jest?
— Hej! Hej, kto tam? — krzyknęła.
W odpowiedzi cisza. Marina…
Weszła na jakiś występ i dostała się do środka. Nie mogła po prostu odejść, nie dowiedziawszy się, co to za dźwięki? A jeśli tam jest człowiek? Jej oczy nie od razu przyzwyczaiły się do półmroku. Ale kiedy się dostosowały, Marina od razu go dostrzegła. Pilot był przypięty pasem bezpieczeństwa i przygnieciony czymś ciężkim. Od razu stwierdziła, że ma złamaną kończynę. To właśnie dlatego nie mógł się uwolnić.
— Hej, jesteś przytomny? — zapytała.
Kolana Maryny zdradziecko drżały. Strach sparaliżował ją tak bardzo, że nie była w stanie wyrazić tego słowami. Mężczyzna jęknął. Maryna wyjęła scyzoryk, który zawsze nosiła ze sobą na grzyby, obejrzała poszkodowanego i przecięła jeden z pasów bezpieczeństwa. Natychmiast podłożyła ręce, żeby nie upadł. Nieznajomy jęknął i otworzył oczy.
— Pomocy… Ratunku! — wyszeptał ochrypłym głosem i znów jęknął. — Kończyny… Ręka…
Wydawało się, że nogi były całe. Być może po prostu zdrętwiały od długiego przebywania w niewygodnej pozycji? Marina zaczęła energicznie je rozmasowywać. Mężczyzna krzyczał z bólu, ale ona zdawała sobie sprawę, że nie ma innego wyjścia. W końcu nieco się uspokoił i ponownie uchylił powieki.
– Kim jesteś? – wykrztusił ledwo słyszalnie.
– Marina.
Uśmiechnął się słabo:
– Dziękuję ci, urocza Marino.
Odpowiedziała praktycznie:
– Trzeba unieruchomić rękę i wydostać się na zewnątrz.
– Nie jestem w stanie – potrząsnął głową.
– Musimy spróbować. Proszę, pomogę ci.
Marina dosłownie ciągnęła go za sobą. Kiedy wydostali się na świeże powietrze, mężczyzna zauważył jej krągłości.
– Zupełnie oszalałaś? Nie wolno ci podnosić ciężarów! – wykrzyknął.
W milczeniu znalazła odpowiednie gałęzie, zdjęła wierzchnią odzież, rozerwała ją i zbudowała prowizoryczną szynę dla uszkodzonej kończyny. Mężczyzna kilkakrotnie prawie stracił przytomność, przegryzł wargę aż do krwi…
Ale nie wydał ani dźwięku.
— Musimy iść do wsi. Niedługo się ściemni — powiedziała Marina.
– Nie dam rady – odpowiedział z wątpliwością.
– W takim razie masz tylko jedną opcję – zostać tutaj – wzruszyła ramionami obojętnie.
Mężczyzna spojrzał na nią z dziecięcą urazą.
– Dobrze, spróbujemy – zgodził się w końcu.
– Spróbujemy – skinęła głową.
Oparł się na lasce i zrobił kilka kroków. Potem spojrzał na nią:
– Marina, w środku zostawiłem teczkę. Jest ruda. Jest dla mnie bardzo ważna. Proszę.
Młoda kobieta skinęła głową. Teczka od razu rzuciła się w oczy, więc przyniosła ją.
– No to ruszamy? – zapytała stanowczo.
Do wsi dotarli dopiero późną nocą. Nigdy wcześniej Marina nie była tak wyczerpana.
– Może warto zadzwonić? Wezwać kogoś? – zapytała.
– Błagam, nie. Nie dzwoń nigdzie, żeby nikt się nie dowiedział – poprosił.
Marina westchnęła:
– No cóż, historia się powtarza? Chociaż…
Po co się martwić? Ten człowiek jest jej obcy. Odpocznie i zniknie. Nie potrzebuje nowych problemów.
– Dobrze, możecie na razie u mnie zostać – zgodziła się.
Mężczyzna skinął głową:
– Nie pozostawię ci długu. Uwierz mi, mam na imię Maksym.
Rano Marina ledwo wstała. Wszystkie mięśnie ją bolały. Maksym zauważył jej stan i powiedział:
— Odpoczywaj. Powiedz, co trzeba zrobić, a ja choćby jedną ręką, ale dam radę.
— Przecież sam ledwo się poruszasz — zaprotestowała.
– Nic strasznego, jestem silny – uśmiechnął się.
Marina zwróciła uwagę, że ma nowy bandaż. Bardziej jakościowy, profesjonalnie wykonany. Prawdopodobnie sam go przewiązał. W ciągu trzech dni, które Maksym spędził u niej, Marina przyzwyczaiła się do niego jak do członka rodziny. Dużo rozmawiali…
Maksym nie mówił o sobie, ale z Mariny wyciągnął prawie całą historię. Potem długo się oburzał:
– Jak ty sobie radzisz sama? W takiej sytuacji?
Marina uśmiechała się:
– No, jakoś sobie dam radę.
Maksym kręcił głową:
– Nie, tak nie można żyć.
A trzy dni później przed domem zatrzymał się samochód.
– Kto to? – zaniepokoiła się Marina, wyglądając przez okno. – O Boże!
Maksym wstał:
– Rozumiem, że to znajomi twojego męża?
Marina skinęła głową i ciężko opadła na kanapę.
– Zostań tutaj, sam z nimi porozmawiam – powiedział.
Marina spojrzała na Maksyma z przerażeniem:
– Ty… co ty robisz? Ty ich nie znasz!
– To oni mnie nie znają – odpowiedział spokojnie.
Maksym wyszedł na podwórko.
– Cześć, chłopaki. Jakieś problemy? – zapytał swobodnie.
– No, u gospodyni na pewno. Jej mąż jest nam winien pieniądze. Sam już nie żyje. Ale ktoś musi zapłacić, prawda? Nie ma nikogo innego. A suma nie jest mała – odpowiedział jeden z przybyłych. – Daj przejść.
Maksym zasłonił wejście:
— Nie można do niej. Zaraz urodzi. Przestraszycie ją.
— No i co wtedy? Ty za nią odpłacisz?
— Być może ja też.
Marina widziała, że rozmowa na ulicy staje się coraz bardziej napięta. Rozumiała też, że przez nią może ucierpieć niewinna i zupełnie obca osoba. Wybiegła na ulicę…
Kiedy wyszła na ganek, ostry ból przeszył całe jej ciało. Marina krzyknęła i upadła. Maksym podskoczył do niej. Mężczyźni, którzy przyjechali, przestępowali z nogi na nogę. Nie mieli ochoty zajmować się kobietą, która najwyraźniej zaczynała rodzić.
— Hej, słyszysz, wpadniemy za kilka dni — powiedział jeden z nich.
— Stójcie! — Maxim wyprostował się. — Trzeba jechać do miasta. Na karetkę trzeba długo czekać.
— Żartujesz sobie? — zdziwił się drugi.
Maksym rzucił się do domu. Nie było go widać przez około trzy minuty. Potem pojawił się, pokazując plik banknotów:
— Zapłacę.
Mężczyźni spojrzeli po sobie.
— Dobra, ładuj. Ale jeśli ona umrze, to my nie jesteśmy odpowiedzialni — ostrzegł jeden z nich.
Przez całą drogę Maksym podtrzymywał jej głowę na kolanach. Przez cały ten czas rozmyślał. Niedługo skończy czterdzieści lat. Jego życie było pełne przygód. W zasadzie teraz mógł zapomnieć o troskach i przestać pracować…
W rudym futerale znajdowała się gotówka, kosztowności, nowe dokumenty tożsamości. Można po prostu zacząć życie od zera, zerwać z ryzykownymi interesami, założyć rodzinę, na przykład z Mariną, i żyć jak zwykli ludzie. Spojrzał na jej twarz. Atrakcyjna kobieta, tylko bardzo smutna.
Dotarli na miejsce. Maksym pomógł jej wysiąść z samochodu. Następnie zwrócił się do mężczyzn:
— Proszę zostawić swoje dane, sam się z wami skontaktuję.
Jeden z nich podał mu wizytówkę. Maksym nerwowo zaciągał się papierosem. Minęły już trzy godziny, odkąd Marina została zabrana do środka, a nadal nie było żadnych wiadomości. Kilka razy wszedł do budynku, ale personel medyczny lekceważył swoje obowiązki. Uśmiechali się i mówili, że nic tak szybko się nie dzieje. Maksym był oburzony. Czy oni się tam bawią? Czy jest coś zabawnego w tym, że Marina czuje się teraz bardzo źle? Dopiero nad ranem…
Kiedy już zesztywniał z długiego oczekiwania, z drzwi wyszła pielęgniarka.
— Hej, tatusiu! — zawołała.
Odwrócił się:
— Do mnie?
— Do pana. A pan czeka tu jeszcze na kogoś? — uśmiechnęła się.
Maksym wstał i podszedł.
– Gratuluję, ma pan córeczkę. Prawdziwa piękność! Zarówno mama, jak i dziecko czują się dobrze.
Maksym rozpromienił się zdezorientowany:
– Córka? Piękna?
– Tak. Co się stało? Wygląda pan na niezadowolonego – zdziwiła się pielęgniarka.
Maksym objął pielęgniarkę:
— Cieszę się! Jestem niesamowicie szczęśliwy! Proszę powiedzieć, co należy przynieść? Co kupić? Tak nagle opuściliśmy dom…
— Proszę, weź listę. Specjalnie przygotowujemy takie listy dla młodych ojców, którzy nie potrafią nic zapamiętać — pielęgniarka podała mu kartkę.
Maksym pędził przez miasto. Odwiedził już znajomego lekarza, który założył mu szynę. Oczywiście skarciło go, ale zaznaczyło, że miał szczęście – kończyna została prawidłowo unieruchomiona. Teraz wszedł do ogromnego centrum handlowego…
W tym sklepie było wszystko dla dzieci. Wszedł i zamarł zdezorientowany. Tyle rzeczy! Jak się zorientować, co jest na liście? Są tam terminy, o których nigdy nie słyszał.
Podeszła do niego sprzedawczyni:
— Pomóc?
— Tak — odparł z ulgą.
Po dostarczeniu dużej torby na oddział położniczy, Maksym wrócił do centrum handlowego.
– A teraz… teraz potrzebuję łóżeczka… I w ogóle wszystkiego, co niezbędne dla malucha i jego mamusi.
Marina zdawała sobie sprawę, że Maksym odwdzięczył się jej w sposób, którego nawet nie była w stanie sobie wyobrazić. Zrobił dla niej o wiele więcej niż tylko pomógł. Młoda mama z drżeniem przeglądała piękne śpioszki, kocyk do wypisu ze szpitala i wiele innych rzeczy. Za godzinę zostaną wypisane. Autobusem dojadą do wsi i wszystko będzie dobrze.
— Chodźmy, mamusiu — powiedziała pielęgniarka.
Marina wyciągnęła ręce, a pielęgniarka zapytała ze zdziwieniem:
— Jak to się stało, że nikt pani nie czeka? Jak pani została sama?
— Nic, dam sobie radę. Proszę mi dać dziecko — odpowiedziała.
— Ach, nasz kobiecy los — westchnęła pielęgniarka.
Wyszły na ulicę, a Marina zamarła z szeroko otwartymi oczami. Przy wejściu stała taksówka z szachownicą, a obok Maxim z balonikami i bukietem.
— Oczywiście, że ja. A na kogoś innego czekałaś? — uśmiechnął się.
Maksym podarował pielęgniarkom słodycze, musujące wino i wziął dziecko na ręce:
— Och, naprawdę ślicznotka!
Pielęgniarka uśmiechnęła się:
– Prawie nie uwierzyłam, że jesteś sama. A czeka na ciebie taki mąż. Hojny, przystojny.
Wsiedli do samochodu. Marina była tak oszołomiona, że do domu nie wypowiedziała ani słowa. A kiedy weszła i zobaczyła łóżeczko…
Mnóstwo nowych rzeczy, rozpłakała się.
– Dlaczego płaczesz? – zapytał Maksym.
— Nie wiem — szlochała.
— Wiesz, Marina, pomyślałem sobie, że jeśli nie jestem ci całkowicie obcy, moglibyśmy sformalizować nasz związek. Zdecydowałem, że chcę mieć rodzinę. Nie tylko rodzinę, ale rodzinę z tobą.
— Ale przecież rozumiesz, że i tak nie pozwolą nam żyć w spokoju — zaprotestowała.
– Masz na myśli tych, którzy przyjeżdżali? Pozwolą nam. Rozliczyłem się z nimi. Nie jesteś im już nic winna. A jeśli powiesz mi, żebym odszedł, odejdę. Tylko się nie martw. Uratowałaś mi życie, więc jesteśmy kwita. Ale naprawdę chciałbym zostać. Może nagle mnie pokochasz? – zapytał z nadzieją.
Marina odwróciła się do niego:
— Ale Swieta… ona nie jest twoja.
– Będzie moja. I nigdy się nie dowie, nie poczuje, że to nieprawda. Zrobię dla was wszystko – obiecał.
Marina długo patrzyła mu w oczy. Potem z westchnieniem przytuliła się do jego piersi. A Maksym delikatnie objął ją i jej córeczkę, swoją córkę i swoją przyszłą żonę. I nikomu ich nie odda.
