I tak ciągle! – skarży się dwudziestoosmioletnia Marta. – Moja matka ciągle coś obiecuje, a potem nic nie robi. A jak przychodzi do działania, to się wykręca. Mówi tylko jedno – nikomu nic nie jestem winna! No dobrze, ale po co wtedy obiecywać?
A co dokładnie ci obiecała?
Ach, czego ona mi tylko nie obiecała… Na ślub obiecała pieniądze podarować, a potem nic nie dała. Minęło już siedem lat! A my wtedy nie zmusiliśmy jej do takiego mówienia!
Siedem lat temu te pieniądze, które matka chciała podarować Marcinie i jej mężowi, byłyby bardzo potrzebne. Matka wtedy stwierdziła, że te pieniądze specjalnie zbierała dla swojej córki. Ale pieniądze te leżały u kobiety na koncie, z którego pobierała odsetki, a termin miał upłynąć kilka miesięcy po ślubie młodej pary.
Wtedy postanowiliśmy, że wypłacimy te pieniądze po upływie terminu. Wtedy ja i mąż byliśmy tak szczęśliwi, nawet zaczęliśmy myśleć, na co je wydamy. Mąż zaproponował mi kupno nowego samochodu, a ja powiedziałam, że lepiej wydać te pieniądze na mieszkanie. Wtedy teściowa powiedziała nam, że dadzą nam swoje auto, a pieniądze lepiej przeznaczyć na mieszkanie.
Wtedy zdecydowaliśmy, że lepiej kupimy sobie mieszkanie. A na weselu teściowie podarowali nam klucze do auta. Od tego czasu Marta i jej mąż zaczęli szukać mieszkania.
Przez ten czas tyle czasu spędziliśmy na poszukiwaniu mieszkania, jeździliśmy, oglądaliśmy różne opcje. A potem nadszedł termin, a matka nie dała nam pieniędzy. Dokładniej, przedłużyła termin o kolejny rok.
A co powiedziała w swoim usprawiedliwieniu?
Powiedziała mi, że jeszcze nie jestem wystarczająco samodzielna, żeby mieć swoje mieszkanie. Że praktycznie nie zajmuję się domem. Mówi, że mam bałagan w domu. Ogólnie powiedziała mi, że mąż mnie zostawi. Że nie potrzebuje takiej kobiety, która nie potrafi utrzymać domu w porządku. Według niej kredyt hipoteczny powinni brać poważni i odpowiedzialni ludzie, a ja nie taka.
No tak…
Jestem pewna, że po prostu żałowała pieniędzy. Skompromitowała mnie przed rodzicami męża. Wtedy spytałam ją, po co mi obiecała. A ona odpowiedziała mi, że nic mi nie jest winna. Typu, że mnie wychowała, dała mi wykształcenie, a dalej wszystko muszę już sama zdobywać. Rozumiem, że w czymś ma rację, ale cholera, przecież obiecała mi, że odda pieniądze.
Młodzi po pewnym czasie zdołali wziąć kredyt hipoteczny, zarejestrowali go po roku. Wtedy wszystko u nich było świetnie, także w pracy. Szefostwo nawet chwaliło i dawało premie. Wkrótce młodzi zaczęli myśleć o dziecku.
Wtedy matka obiecała mi, że będzie zajmować się dzieckiem, opiekować się nim. Dlaczegoś nie wierzyłam jej. A teraz dziecku jest trzy lata, a babcia do nas przychodzi bardzo rzadko, a nawet to tylko na krótko. Przychodzi, pijemy z nią herbatę, potem wytyka mi, że
mam bałagan w domu, i odchodzi.
A niedawno pojawiły się problemy z pieniędzmi w rodzinie Marcina. I zaczęła myśleć o podjęciu pracy.
Wtedy do mnie zadzwonił szef, powiedział, że pilnie potrzebuje mojej pomocy w pracy. Zaczęliśmy szukać niani dla syna, ale znalezienie kogoś w ciągu kilku dni było zbyt trudne. A przecież syn jest jeszcze mały, i nie będzie mógł nam za bardzo niczego powiedzieć. Wtedy spytałam matkę, czy może zna jakąś znajomą, która nam pomoże. A ona odpowiedziała mi, że ona będzie siedzieć. No tak, za pieniądze oczywiście!
Marta nie bardzo patrzyła na taką propozycję matki, ale potem zrozumiała, że to bardzo dobry pomysł. Przecież mama jest jej rodzona, nic złego nie powinna robić dziecku. Tylko to, że matka może w każdej chwili się wycofać, trochę niepokoiło.
Wtedy ja ją parokrotnie pytałam, czy ciężko jej będzie zajmować się dzieckiem. Odpowiedziała mi zdecydowanie, że wszystko sobie poradzi. Postanowiliśmy, że będziemy przywozić do niej dziecko, z jedzeniem na dzień. Przygotowała mu nawet oddzielną pokojową. Ale matce wystarczyło to na krótko.
Pewnego dnia Marta się spóźniła i przyszła po dziecko trochę później, a matka wtedy urządziła jej ogromny skandal.
Matka wtedy wygarnęła mi wszystko, co tylko było możliwe. Że jest bardzo zmęczona, że w ogóle dziecko nie może nic sam zrobić. Nie musi płacić za to, że opiekuje się dzieckiem, nie będzie dłużej siedzieć z nim. Wtedy powiedziała nam, żebyśmy pilnie szukali niani. A ja rozumiem, że jutro mam iść do pracy, a gdzie ja znalazłabym w nocy nianię? Mówię jej, przecież twierdziłaś, że sobie poradzisz ze wszystkim. I znowu powiedziała mi, że w tym życiu warto polegać tylko na sobie.
Od tego czasu Marta bardzo się obraziła na swoją matkę i nie chce już z nią rozmawiać.
Co myślisz, czy Marta robi dobrze, chcąc postąpić tak? Czy może matka ma rację, że dała córce wykształcenie, a pieniędzy nie musi?
